WEEDPECKER – s/t

Pisanie tej recenzji to trochę ryzykowana rzecz, bo zachwalając muzykę z debiutanckiej płyty Weedpecker czuję, że przykładam rękę do promocji pewnej nielegalnej substancji a w zasadzie rośliny, bez której nie byłoby pewnie niniejszego zespołu. Sami muzycy przyznają się otwarcie w wywiadzie, że bez zielonego liścia nie wyobrażają sobie komponowania a ja nie mogę sobie wyobrazić innego, równie udanego duetu. Zapraszamy na dymka w towarzystwie Weedpecker.

Nie będę się rozwodził na temat boomu na stoner/sludge rock, bo nie raz już dawałem wyraz mojemu zdziwieniu, skąd u nas taka jankeska fantazja. Ciekawe, że zazwyczaj w pogardzie mając krajowe folklory, z takim zacięciem gramy muzykę u podwalin której leży amerykański, wiejski i tradycyjny blues. Tak czy inaczej, Weedpecekr to kolejna załoga, która wpisuje się dużymi zgłoskami w annały muzyki ociężałej od psychodelicznych wizji. Co ciekawe, po wysłuchaniu płyty mam wrażenie, że chyba tylko nad Wisłą takie dźwięki potrafią grać z ogromną dawką melodii czy wręcz przebojowości.

Opisywany tu zespół, w przeciwieństwie do satanicznych Vagitarians czy gruzowatej O.D.R.Y., stawia na psychodeliczny, bardzo mocno zalatujący latami 70 – tymi odjazd, rozgrywany powoli, z wyczuciem i znakomitym feelingiem, w czym niebagatelną rolę odegrał mr Falon, znany z wymierzania rytmu w innej, zasłużonej załodze – Belzebong. Inna sprawa, że rasowość kompozycji jest tu główną przyczyną sukcesu. W swojej klasie płyta nie ma sobie równych, rozpinając dźwięki od bujającego groove „Berenjena Pipe” i „Kraken” aż do powolnej topieli w psychodelicznych, zielonych oparach „Don’t Trust your Elephant” i „Weedfields”. Szczególnie w tych najwolniejszych, rozjechanych i przestrzennych momentach zespół pokazuje klasę, miejscami zahaczając wręcz o progresywne klimaty. Słychać, że grupa dokładnie prześledziła muzyczna historię, bazując z jednej strony na szaleńcach z Bongzilli, ale też klasykach hardrockowego boomu sprzed dekad. Najważniejsze jest jednak to, że nie słychać w muzyce grupy jakiegoś wysiłku, sztucznego kreowania atmosfery. Ten naturalizm, specyficzna olewka powodują, że jestem im skłonny uwierzyć.

Muszę też dodać, by być zupełnie szczerym, że nie ma na tej płycie dźwięków przesadnie oryginalnych, takich, które moglibyśmy uznać za coś zupełnie nowego. Weedpecker raczej do miana proroków nie chce pretendować i bardzo dobrze. Wiadomo przecież, że prorokiem we własnym kraju być trudno, a tak może okazać się, że strącą kilku pretendentów do stonerowego, zielonego tronu.

Arek Lerch 

Cztery i pół