WEEDPECKER – III

O stonerowych nowościach z rodzimego podwórka piszemy na Violence często i w 90% pozytywnie. Nie wynika to wcale z naszego patriotyzmu, tudzież chęci przypodobania się czołowym przedstawicielom sceny – to po prostu, w zdecydowanej większości przypadków, produkcje bardzo solidne, a niekiedy nawet ponad ową solidność się wybijające. Jak jest w przypadku trzeciego długograja Weedpecker? O tym porozmawialiśmy krótko z kolegą Adamem.

A: Chociaż Weedpecker objawili się na scenie nieco później, niż Belzebong, Dopelord i Major Kong, właśnie oni wydali najbardziej chyba skończony debiut, cieszący ucho dojrzałym, charakterystycznym brzmieniem. O ile jednak w przypadku wyżej wspomnianych grup ewolucja okazała się owocna i miejscami zaskakująca, tak Weedpecker na „II” nieco spuścił z tonu i dopiero nową płytą wraca na właściwe tory. Widzisz to podobnie, a może zupełnie inaczej…?

P: Prawdę mówiąc, nie uważam „II” za gorszą płytę, niż debiut. To podobne krążki, chociaż „Weedpecker” wydaje mi się bardziej chaotyczny, i nie potrafię się określić, który lubię bardziej. Z „III” mam dosyć jednoznaczne skojarzenia – Elder, panie.

A: No właśnie, może i podobne, i dlatego właśnie „II” mnie nieco rozczarowała, bo po zespole wydającym tak świetny i niesztampowy debiut można by oczekiwać ciągłych zaskoczeń. Wydaje mi się, że oni do Elder byli porównywani od zawsze. To, co mnie najbardziej ujęło w „III” to natomiast idealna równowaga między surowością debiutu i leniwą atmosferą dwójki. I piękne wokalizy! Generalnie nie ma tutaj większych zaskoczeń, ale chyba nie o nie chodziło.band

P: Owszem, porównania z Elder były zawsze – zresztą, to chyba właśnie dlatego zainteresował się nimi Stickman Records, wytwórnia, w której Amerykanie nagrywają – ale „III” jest bardziej progresywna i rozbudowana, a to, co ciebie tak ujęło, czyli idealna równowaga pomiędzy surowością, a leniwymi jammami, to przecież jedna z cech charakterystycznych Elder, którzy to z jednej strony potrafią przywalić mocnym riffem, a z drugiej odlecieć w kosmos. Co do zaskoczeń to się zgodzę. Zaskakujący stoner to oksymoron.

A: Z tym, że z Weedpecker to jest tak: słuchając ich, obce jest mi uczucie przebywania w stonerowym getcie, w którym przebywać wręcz nie wypada, bo jest nudno i zawsze tak samo. Owszem, nie ma niespodzianek, bo wciąż budują głównie na fundamencie debiutu, ale ten styl i tak gwarantuje im oryginalność większą, niż 99% kapel wrzucanych do stonerowego wora. I w sumie nie wiem, czy ta perspektywa czegoś nie zaburza – bo przy kolegach z gatunkowego podwórka wyglądają nieźle, ale w praktyce… Chyba mogliby mocniej kombinować, prawda?

P: Zdecydowanie, mogliby. W końcu – idąc dalej tym tropem – Elder zaczynał od grania generycznego stoner metalu, a stał się jedną z najciekawszych, o ile nie najciekawszą, kapelą, jeśli chodzi o psychodeliczne rejony. Cóż, Weedpecker ma zdecydowanie lepszą pozycję startową, bo – jak już powiedziałeś – poprzednie płyty były całkiem oryginalne i ciekawe. Ale co sprawia, że zespoły decydują się na stylistyczną woltę? Może się do tego przyczynić fascynacja nowo poznanym gatunkiem czy zespołem, znudzenie graną muzyką, albo odczucie, że wszystko, co w danym rejonie muzycy mieli do powiedzenia, już powiedzieli. Pytanie, czy w Weedpecker jakikolwiek z tych czynników zaistniał. Czy mają jakąkolwiek motywację, aby diametralnie zmienić swoją muzykę?

A: Wiem, że jest dwóch nowych członków, ale czy to wielki przełom? Chyba nie, biorąc pod uwagę fakt, że głównymi kompozytorami zawsze byli i nadal są bracia Dobry. Nie chce przejść mi przez gardło stwierdzenie, że stali się zakładnikami własnego brzmienia, bo kurczę, „III” naprawdę mi się podoba. Jest odpowiednio zbalansowana i najbardziej chyba kompletna: nie ma tutaj ani tego lekkiego chaosu debiutu, ani psychodelicznych mielizn następcy. Są też pewne smaczki, nowe dla zespołu tekstury – momentami brzmi to jak indie w rodzaju Unknown Mortal Orchestra czy Wavves. Ale momentami. W większym obrazie jest jednak tak, jak można się było spodziewać. Bardzo klasowo i – jak zwykle – światowo. W sumie zastanawiam się, czy mamy prawo narzekać. (śmiech)

P: Masz wrażenie zmarnowanego potencjału? Albo inaczej, bo to kiepsko brzmi. Czy uważasz, że stać ich na więcej?

A: Wiesz, z jednej strony ciężko mówić o zmarnowanym potencjale czy w ogóle wspominać o tej płycie w innym kontekście, niż ją chwaląc, bo to prawdopodobnie najlepszy album grupy dotychczas. Każdy kolejny odrobinę poszerzał muzyczne uniwersum Weedpecker, nie można więc mówić, że stoją w miejscu. Wciąż są zespołem stosunkowo młodym, wciąż mogą odlecieć gdzieś daleko. Chodzi chyba o lekką zachowawczość tego rozwoju i fakt, że przy trzeciej płycie powinni – patrząc na potencjał – być już daleko poza całym tym stonerem. Podam przykład z krajowego poletka. Red Scalp, który w 2016 wydał płytę świetną, choć zakorzenioną przecież mocno w gatunkowych prawidłach, rok później był już zupełnie inną, lepszą i bogatszą kapelą. Saksofon, organy, odloty. Odważna ewolucja.

P: O, świetny przykład. Wyobrażam sobie, że wielu osobom, których Red Scalp urzekł na pierwszych płytach, nowy album mógł nie przypaść do gustu. Weedpecker woli stopniowo przyzwyczajać swoich fanów do zmian. No dobra, ale pogadajmy jeszcze trochę o zawartości „III”. O ulubiony utwór nie zapytam, ale czy masz jakiś ulubiony fragment, riff, melodię albo solówkę?

A: Cały „Liquid Sky” i piękna, rozedrgana końcówka „From Mars To Mercury”, chyba najlepszego dotychczas numeru Weedpecker. Kurczę, co za harmonie wokalne! Wychodzę z założenia, ze dobra linia wokalu może zrobić wielką różnicę, szczególnie w muzyce takiej, jak ta, gdzie każdy przejaw inności jest mile widziany. Przecież to naprawdę brzmi jak spalone Tame Impala. Piękny moment.live

P: Mnie z kolei urzekło „Embrace”. Wokale jak z Pink Floyd! No i te gitarowe harmonie w drugiej części. Wiem, wybrałem najbardziej „swetrowy” numer.

A: No tak, harmonie i wokalne, i gitarowe są naprawdę niespotykanie dobre. Może to zabrzmi prozaicznie, ale czuć, że tworzą je ludzie znający się od zawsze. Rzeczywiście swetrowy, ale w gruncie rzeczy wybór każdego utworu można by w tym miejscu obronić, co znaczy, że to naprawdę dobra płyta. Bo jest dobra, i to nie tylko w danym kontekście i okolicznościach, a w ogóle. Budzi jakieś emocje. W zasadzie wychodzi na to, że ponarzekaliśmy nieproporcjonalnie dużo, bo chcielibyśmy zobaczyć większe zmiany. A może Weedpecker to ofiary własnego debiutu, bo zbliżyli się na nim tak blisko tego, co sobie wymarzyli, że teraz pozostały już tylko symboliczne poprawki… Nie wiem.

P: Podobno my, Polacy, narzekanie mamy we krwi. Nie no, to jest świetna płyta, nie ma co do tego wątpliwości i jeżeli uda im się ów poziom utrzymać na kolejnych albumach, to będzie to naprawdę COŚ. A małymi eksperymentami nie pogardzę.

Rozmawiali Adam Gościniak i Paweł Drabarek