WEEDEATER – Goliathan (Season of Mist)

Weedeater? Tak, nie trzeba być geniuszem, żeby odgadnąć jaka muzyka kryje się za taką nazwą. „Goliathan” to bilet do świata, w którym jedynym bogiem jest Tony Iommi, przemawiający do swoich wyznawców za pomocą wydobywających się z ich własnych ust kłębów dymu. Dymny Tony przekonuje cię, że bazując na patentach z „The Wizard” czy „Iron Man” można nagrać wiele płyt i że ich tytuły należy tworzyć na podobnej zasadzie, na jakiej tworzy się tytuły filmów porno, tylko skojarzenia erotyczne zastąpić trzeba odniesieniami do palenia zielska. Dymny Tony sprawia, że wszystko co mówią twoi znajomi wydaje ci się zabawne, a każdy zagrany przez ciebie riff zajebisty. Tony jest spoko.

Szkoda tylko, że trzeba naprawdę mocno kochać marihuanę i Black Sabbath, żeby czuć potrzebę słuchania dziesiątej wody po kisielu ugotowanym z tych dwóch składników. Tak, wiem, że Weedeater mają jakąś tam pozycję na scenie stoner. Wiem, że jeden z nich grał w świetnym Buzzov-en. Słyszę, że znają się na swoim fachu i że brzmienie wykręcili konkretne (bębny na przykład brzmią przepięknie). Ale nic nie poradzę na to, że ta płyta jednym uchem wpada, a drugim wypada. Nie pomagają stylizowane na amerykańską balladę, humorystyczne przerywniki. Nie pomaga wysoka samoświadomość muzyków, dzięki której ta płyta trwa pół godziny, a nie na przykład półtorej. I tak nudzę się podczas jej słuchania i myślę o czymś zupełnie innym.

To już piąty album tych gości i choć nie słyszałem wcześniejszych, to wątpię aby w ich karierze miały miejsce jakieś radykalne zmiany stylu. W końcu nazwa zobowiązuje. Oczywiście, granie takiej muzyki to żaden grzech i tak samo jak prawo do życia mają fanatycy Hellhammer z Apokalyptic Raids czy Cianide, tak samo ma je zapatrzony w Black Sabbath i ich potomstwo Weedeater. Sęk jednak w tym, że nie słyszę w tych dźwiękach niczego ponad poprawne wpisanie się w pewną konwencję. I nie chodzi mi o jakąś wydumaną oryginalność, bo nie taki jest cel tej muzyki, tylko o odrobinę ognia.Weedeater band

Zapewne będąc na wielkim głodzie takiego grania mógłbym docenić „Goliathan” i w przypływie dobrego humoru powiedzieć, że jest fajna. Założyłbym się też o dyszkę, albo nawet o stówkę, że koncert Weedeater w jakimś małym, brudnym klubie byłby świetnym przeżyciem. Jest jednak szary, czerwcowy wieczór i jeśli w moim pokoju zmaterializuje się jakiś Tony Iommi, to jedynie ten ponury i utaplany w rynsztoku, znany z płyt Eyehategod. Każdy inny wyfrunie stąd wraz z pierwszym przeciągiem, bo taki teraz „pod moim ciemnym oknem wieje wiatr”.

Michał Spryszak

Trzy i pół