WEEDEATER – Jason… The Dragon (Southern Lord)

Weedeater zajmuje w moim sercu miejsce dość ciasne i odległe, ale i tak szczególne. Ich gdański koncert bardzo pozytywnie odbił się na moim życiu osobistym, nie pora jednak zanudzać czytelników wzruszającymi historiami, które i tak zamierzam opchnąć Katarzynie Grocholi za milion ciaćków. Warto jednak wspomnieć, że był to koncert, który ostatecznie się nie odbył.

„Jason… The Dragon” wiele do muzycznego wizerunku Ziołożerców nie wnosi, więc naturalną koleją rzeczy nie ma większych perspektyw na to, bym przy czwartej płycie nagle zapałał do nich uczuciem gorącym jak fifka. Ich działalności przyglądam się jednak z życzliwym dystansem, bo takie grupy też są potrzebne, chociażby jako pewien folklor. Weedeater nie uczestniczy bynajmniej w wyścigu o tytuł zespołu roku w podsumowaniu magazynu Terrorizer, uczciwie rzeźbiąc co parę lat solidną płytę, mieszczącą się w średniej gatunkowej. Nie ma się co czarować, że to pierwsza liga współczesnego stoner rocka, z całą pewnością jednak jest to sympatyczna kapela do grania (albo nie grania) w przystoczniowych spelunkach w letnie popołudnia. Przykładając zatem do tej płyty odpowiednią miarę, nie sposób przyczepić się do wtórnego i przewidywalnego, ale jakże przyjemnego upalonego hardrocka, lokującego się gdzieś w rejonach Electric Wizard, Sleep czy Buzzov*en (z którego zresztą wywodzi się lider zespołu, Dave Collins). Pewnie odfajkowałbym „Jason… The Dragon” jako przyzwoitą płytę adresowaną do psychomaniaków stonerowych klimatów, niestety jest coś, co – parafrazując klasyka – „jebie całą wizję”. Mimo pewnych wyjątków (wspomniany Buzzov*en chociażby) będę się upierał, że gruźlicze wokale mitrężą najlepsze chęci kompozytorów i zamąciły pozytywny obraz niejednej czujnej kapeli, by wspomnieć choćby Bongzilla czy ostatnio Dopethrone. Nic nie poradzę, że razi mnie takie pozbawione wyrazu pokasływanie, kompletnie nie współpracujące z opartą na feelingu muzyką. Jeśli to komuś nie przeszkadza – proszę bardzo, życzę smacznego, ale dla mnie to drożdżówka z musztardą.

Ostatecznie to ja nawet ten Weedeater lubię, w tym sensie, że nawet przy obecnej inflacji zespołów stonerrockowych i wszelkich wadach „Jason… The Dragon”, przyswajam ich muzykę bez obrzydzenia. Pewnie, że to banda ćpunów jakich wiele, a inny wokalista przydałby się im jak Williamowi Hurtowi szkoła aktorska (przepraszam za wtręt, jestem świeżo po obejrzeniu „Historii Przemocy”), ale co tam, robią swoje i są w tym nie najgorsi. Co nie zmienia faktu, że nadal najlepsze skojarzenia, jakie mam z nazwą Weedeater nie mają nic wspólnego z ich muzyką.

Bartosz Cieślak  3,5