WEAPON – Embers And Revelations (Relapse)

Wydany przed dwoma laty album „From The Devil’s Tomb” kanadyjskiego Weapon odebrałem jako wyjątkowo donośny krzyk na deathmetalowej pustyni. Jego następca to również jedna z tych płyt, które serwują silny zastrzyk adrenaliny, wciąż potrzebnej stylistyce do przetrwania.

Bo mimo chwilowej hossy i dość optymistycznych prognostyków w postaci kilku tegorocznych premier, nie ma wątpliwości co do tego, że gatunek potrzebuje stałego dopływu nowej krwi, świeżego względnie zatęchłego powietrza (niepotrzebne skreślić) i zdarzających się co jakiś czas wstrząsów, by odzyskać swój dawny prestiż. Brzmi banalnie? To racz przypomnieć sobie, drogi Czytelniku, jak jeszcze nie tak dawno temu chcąc grać death metal, miałeś do wyboru albo napierdalać go po szwedzku odmieniając przez wszystkie przypadki słowa „LG Petrov”, „Sztokholm” i „Nihilist”, albo podejść do sprawy bardziej w stylu grup amerykańskich, które w pewnym momencie rock’n’rolla pomyliły z zawodami sportowymi, skutkiem czego niewielu z nich da się dziś słuchać. Oba rozwiązania na dłuższą metę zawiodły i sprawiły, że gatunek niepostrzeżenie znalazł się poza ringiem. Mniej więcej wtedy ukazała się druga płyta Weapon, dowodząc, że w konającym na łopatkach stylu cały czas drzemie coś nieokiełznanego. I że wcale nie trzeba brnąć w żadną ze ślepych ulic, które wymieniłem. Kiedy pojawił się jej sukcesor w postaci „Embers And Revelations”, oczywiste było, że z ciekawością po niego sięgnę.

Kto słyszał poprzedniczkę, ten sięgnąwszy po najnowsze dzieło Kanadyjczyków z pewnością dostrzeże, iż osiem kompozycji, które ono przynosi, to materiał znacznie bardziej dojrzały i świadomy. O ile zamysł „From the Devil’s Tomb” zdawał się polegać na zgotowaniu słuchaczowi (zwłaszcza temu chrześcijańskiemu) totalnej pożogi wszelkimi dostępnymi środkami, o tyle na „Embers And Revelations” twórcy stają do boju z mniej okazałym arsenałem, lecz posługują się nim ze znacznie większym znawstwem. Nie uświadczymy tu już przesadnie rozbudowanych kompozycji, które, jakkolwiek imponujące rozmachem, często przytłaczały. Dostajemy za to konkrety; numery treściwe, dynamiczne, którym nie sposób odmówić kunsztu. 37 minut z groszami wypełnia death romansujący ostro z black metalem, choć niezbyt przypominający hybrydę określaną niegdyś „blackened death”. W odróżnieniu od sztywnej formuły mogącej kojarzyć się z dokonaniami Belphegor, Weapon proponuje muzykę tętniącą żywiołem, duszną atmosferę i stale rosnące napięcie. Paradoksem jest, że w krótszych numerach zawarto znacznie bardziej różnorodne patenty. W zasadzie każdy z nich zapada w pamięć, jednak w tym miejscu wystarczy wspomnieć wchodzący z każdą sekundą na coraz szybsze obroty „The First Witness of Lucifer”, psychodeliczną pulsację pod koniec „Disavowing Each in Aum”, majestatycznie przetaczający się „Crepuscular Swamp, Unhinged Swine” oraz „Vanguard of the Morning Star”, który zadziwia niemal goeteborskimi harmoniami gitar w refrenie. Smaku całości dodają orientalne wtręty, szczęśliwie pojawiające się tu na zasadzie urozmaicenia, a nietrącące cepelią. Tę zostawmy Nile i gronu naśladowców. Mimo bogatej mozaiki, trudno zarzucić Weapon rozlazłość. Przez cały czas podstawą jest tu monumentalny riff, poparty efektowną i skuteczną pracą bębniarza lubiącego zagrać gęsto, lecz tak, by wojenna armada parła naprzód. W tej śmiertelnej machinie każdy tryb siedzi na swoim miejscu, a gdy przychodzi jego kolej, zawsze działa jak powinien. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystkie elementy są tu częścią planu, wewnętrznie spójnego i skrupulatnie wcielanego w życie. Znaczącej poprawie w stosunku do „From The Devil’s Tomb” uległo brzmienie, a za jego sprawą końcowy rezultat przemawia do nas w sposób klarowny, nie wymagając, byśmy przebijali się przez ścianę wzajemnie zagłuszających się partii.

Kanadyjska horda, debiutując nowym materiałem w barwach Relapse, daje świadectwo swej artystycznej ewolucji. Chciałoby się wręcz powiedzieć, że niegdyś brawurowi najemnicy Antychrysta stali się zawodowymi zbrodniarzami, a w ich pracy nie ma miejsca na przypadek, pomyłkę czy rykoszety. Dookreślenie metod zbrodni zaowocowało tylko i wyłącznie lepszymi rezultatami. Każdy z ośmiu strzałów wymierzonych z tego oręża trafia prosto w serce. Możemy więc być spokojni o to, że wyjałowiony przez lata grunt death metalu jeszcze nie raz spłynie przelaną przez Weapon krwią pobożnych.

Cyprian Łakomy