WE ARE IDOLS – Powerless (Long Walk Records)

Wrocławscy, samozwańczy idole na swojej drugiej płycie dokonują kilku zmian w wizerunku. O tyle istotnych, że z zespołu traktowanego z przymrużeniem oka zmieniają się w grupę świadomych muzyków, którzy w dodatku doszli do kilku raczej smutnych prawd o życiu. A swoje wnioski oprawili w równie poważną, żeby nie powiedzieć smutną muzykę. Której doskonale się słucha.

Debiutancki krążek, głównie za sprawą okładki, mógł uchodzić za dzieło wesołych miśków, co chcą się dobrze bawić. W przypadku muzyki także wyczuwałem nieco rozrywkowy drive. Tym razem poważniej robi się już przy okazji obrazka zdobiącego nowe dzieło „Powerless”. Podobnie jest z muzyką. Dostajemy 11 poważnych, miejscami wręcz ponurych songów, które przejeżdżają się po słuchaczu niczym czołg. Głównym atutem jest tu zaskakująco – jak na zespół ze sceny hardcore/punk – dobre, tłuste i cholernie ciężkie brzmienie. Same kompozycje zostały starannie odarte z wszelkiej maści ozdobników, eksponując jeno maksymalną wściekłość i ponure, core’owo – roll’we riffy. Mieszanka, którą zastosował zespół jest dość prosta, oczywista, ale nadal smakowita. Bierzemy ciężar Black Sabbath, mieszamy ze złością Black Flag i wszystko zatapiamy w death’n’roll’owym sosie Entombed. Wychodzi z tego polski Disfear, który ma całkiem sporo do zaoferowania, choć bałbym się nazwać „Powerless” muzyką rozrywkową.

Muzyka na płycie jest zaskakująco (choć to może być też mały zarzut w stronę zespołu…) spójna, zwarta, co powoduje, że najlepiej odbiera się ją jako pewną całość. Wgryzając się jednak w szczegóły, wyróżnię „Generation Back” za piękny riff, do bulu (myśliwego…) entombed’owy „Into Despair” (mój faworyt…), chwytliwy „The Eye”, gdzie dobrze robi fajne, gitarowe pauzowanie. Koncertowymi szlagierami zostaną za to mocarne death’n’rolle „Bones of Dogs” czy „Weight of Bombs”. Niby nic szczególnego w tych piosenkach się nie dzieje, jednak w temacie szwedzkiego, gitarowego, hard core’owego ładowania z lekkim posmakiem amerykańskiego sludge (kłania się chociażby zwolnienie w końcówce „Modernity and the Holocaust”) We Are Idols wypadają całkiem autentycznie i rasowo.

A że płyta jest taka poważna, zarówno kompozycyjnie jak i lirycznie? Cóż, komediantów mamy aż za nadto…

Arek Lerch