WE ARE HARLOT – We Are Harlot (Roadrunner Records)

Były wokalista Asking Alexandria, Danny Worsnop, założył nowy zespół. I to jaki! We Are Harlot to prawdziwa, wybuchowa mieszanka klasycznego hard rocka i heavy metalu w nowoczesnej oprawie brzmieniowej. Nie ukrywam, że tego było mi trzeba, a jako, że główny sprawca całego zamieszania na ostatniej płycie swojego pierwszego zespołu wyraźnie pokazał rock’n’rollowy pazur, czekałem na ten krążek z wielkimi nadziejami. Okazuje się, że nie były one płonne. Zdecydowanie nie.

Kontrakt z Roadrunner dla angielskiego kwartetu był musem. Włodarze tego w zasadzie mainstreamowego labelu słusznie wyczuli w We Are Harlot maszynkę do robienia pieniędzy. Komercyjny aspekt twórczości We Are Harlot to jedno, ale nie oszukujmy się, to naprawdę kawał zajebistego, super nośnego, rockowego grania, które zdecydowanie sprawdzi się na żywo, w trakcie szybkiej jazdy samochodem jak i w domowym zaciszu. Ładunek energii buchający z głośników mógłby zmieść ze sceny starszych wyjadaczy, kto wie, może zresztą tak będzie. Średnia wieku w tej kapeli to nawet nie trzydzieści lat, więc panowie pojawią się na niejednej festiwalowej i halowej scenie. Kluby – jak mniemam – szybko przestaną być dla nich odpowiednim miejscem. I bardzo dobrze, bo czy to w mainstreamie czy na imprezach hołdujących klasyce, brakuje kopa jakiego daje We Are Harlot.

Najjaśniejszym punktem całego krążka jest oczywiście Worsnop, którego odejścia z Asking Alexandria prawdopodobnie nie potrafią przeżyć dojrzewające nastolatki. Inni zaś, o szerszym guście nie mogli się doczekać aż usłyszą byłego narkomana w nowym projekcie. Stało się dokładnie tak jak miało – Danny jest na swoim miejscu w zespole, który prawdopodobnie zapisze się na kartach brytyjskiego rynku muzycznego. Przez znaczną część płyty Danny śpiewa, a jako, że ma spore możliwości i bardzo dobry warsztat, słuchanie go nawet w ckliwych fragmentach jak w quasi-balladzie „I Tried” czy „Someday” tylko potwierdza klasę dwudziestopięciolatka. Swoją drogą, spokojniejsze utwory, utrzymane w średnich tempach, lub całkowicie w wolnych jak wspomniane „I Tried”, wieńczące zresztą album, są nie tyle uzupełnieniem „We Are Harlot” – bo tak wypada hard rockowcom – a integralną i równie dobrą częścią tego albumu jak petardy pokroju „Denial” i „Dancing On Nails”. Co więcej, wydaje mi się, że w przyszłości grupa może pójść w tym mniej buntowniczym kierunku, stając się kolejną młodziutką wersją Aerosmith…We Are Harlot Band

A skoro już mowa o Aerosmith, to w stylu We Are Harlot łatwo doszukać się inspiracji Guns’n’Roses, Stone Temple Pistols i Def Leppard. Gdzieś – zwłaszcza w refrenach – pobrzmiewają echa Bon Jovi, czyli właściwie to wszystkiego, czego dziś młodzi ludzie, jeśli w ogóle, słuchają jako guilty pleasure.  A to błąd, bo wszystkie wyżej wymienione formacje to kawał naprawdę dobrej muzyki, niesamowitych melodii, łatwo wpadających w ucho refrenów i wyśmienitej gry gitarzystów. Solówki i feeria riffów („One More Night”), które znalazły się na debiucie kwartetu są kolokwialnie mówiąc pyszne, a okazyjne wykorzystanie pianina (dlaczego nie jest ich pięciu?) jest fantastycznym smaczkiem, do którego chce się wracać.

Na koniec o tekstach. Maksyma „seks, drugs & rock’n’roll” ma w nich swoje odzwierciedlenie. O ile o narkotykach, a dokładniej o lubianej niegdyś kokainie frontman wspomina tylko raz, tak o seksie i rozrywkowym trybie życia jaki niegdyś prowadził, praktycznie w każdym z utworów. Jak dla mnie, debiut We Are Harlot, tak skoczny i radosny, choć przepełniony tęsknotą za prawdziwą miłością, stanie się perfekcyjnym wakacyjnym soundtrackiem. Zobaczycie.

Grzegorz „Chain” Pindor

Pięć i pół