WE’LL GO MACHETE – Strong Drunk Hands (Cedar Fever Records)

W zalewie milionów płyt, tłoczonych, wypalanych i wrzuconych do cyber – otchłani doprawdy trudno czasami wyłowić perły. Może dlatego krążek pochodzącego z Austin zespołu dopiero dzisiaj trafia na nasze łamy. Nie mogło go jednak zabraknąć, wszak eksploruje rejony muzyczne, które są dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji. Noise rock lat 90 – tych ponownie w natarciu. Bez fajerwerków,  ale  sprawnie i z przytupem. Tu nie trzeba niczego wymyślać na nowo…

We’ll Go Machete to kolejny, współczesny zespół, który zakochał się w dźwiękach stworzonych przez Jesus Lizard, Shellac, może miejscami także przez Fugazi. Pamiętam emocje, towarzyszące mi, kiedy pierwszy raz poznałem wspomniane ekipy. Dzisiaj, słuchając We’ll Go Machete nie targają mną takie namiętności, bo też rzadko kiedy trafia się artysta, który potrafi zbliżyć się do jądra dźwięku na tyle blisko by wywołać eksplozję. We’ll Go Machete nie tworzy tak dosłownej kopii tamtych brzmień jak duński Menfolk, nie jest tak piorunująco odważny jak KEN mode czy rasowy  i piekielnie blues’owy jak Hawks. Sięga jedynie do tych rozwiązań, budując na nich swoje dość proste, rockowe kawałki. Trafiają się na „Strong Drunk Hands” szczytowania – „Kids In Front” ze znakomicie pulsującą sekcją, lizardowe do bólu „Number 13”, „Robber Baron” (podobnie jest w „So Long Flatfoot”, kojarzący się nieco z „Zachariah” Jaszczurek…) czy fajnie zaaranżowany „DM Barringer”. W większości kawałki prezentują niezły poziom, choć zdarzają się też lekkie potknięcia, np. nijaki „Sad Sach”. Doskonale prezentują się partie gitarowe – często zróżnicowane brzmieniowo, operujące wieloma intrygującymi kolorami. Czasami muzycy zapuszczają się aż w rejony math rocka („Hayward”),  zazwyczaj jednak nie szaleją, grając w sumie prosto i zrozumiale, sadowiąc się w typowej, rockowej niszy. I byłoby całkiem nieźle, gdyby nie wokalista. Gość śpiewa bezpłciowo, nudno i w zasadzie w każdym kawałku tak samo, niwecząc w ten sposób wysiłki całego zespołu. Brakuje chłopakowi jadu i zwyczajnej charyzmy…

Wspomniane mankamenty powodują, że płyta jest troszkę nierówna i zamiast krążka, który nokautuje jednym ciosem jak chociażby „Rub” wspomnianego gdzieś wyżej Hawks, mamy zbiór lepszych i gorszych kawałków. Tak czy inaczej, płyty fajnie się słucha i dla miłośników noise’owego bluesiora, dystorcji a la Fugazi i amerykańskiego, mocnego rocka będzie to kilka miłych chwil hałasu. Jeśli oczywiście uda się Wam znaleźć krążek, poza cyber – czeluścią, niestety…

Arek Lerch 3,5