WATAIN – The Wild Hunt (Century Media)

Jeszcze kilka lat temu premiera nowej płyty Watain byłaby w metalowym światku nie lada wydarzeniem. Można zaryzykować twierdzenie, że to właśnie oni stali na czele ostatniej fali black metalowego szaleństwa i wraz z zespołami pokroju Funeral Mist czy Deathspell Omega tchnęli nowego ducha w znoszone szaty. W każdym razie z tej gromadki to właśnie im przypadł w udziale największy chyba komercyjny sukces, co automatycznie wzbudziło podejrzenia wśród co bardziej ortodoksyjnych fanów. Czy można nadal doszukiwać się w tym zespole ducha rebelii i jakiegoś pierwiastka szaleństwa, czy raczej należałoby potraktować ich jako objazdowy cyrk, który zagwarantuje organizatorom letnich festiwali tłumy podstarzałych tatusiów, cieszących się kilkoma dniami z dala od rodziny? Jak dobrze wiemy, na dwoje babka wróżyła, więc za ocenę najnowszego dzieła niesympatycznych Szwedów zabierzemy się tym razem we dwóch (choć rację mam oczywiście tylko ja).

B.: Popełniłem ten błąd i zainteresowałem się tym, co myślą inni ludzie, to się więcej nie powtórzy… czytając pierwsze opinie na temat „The Wild Hunt” budowałem sobie w głowie obraz czegoś pomiędzy „Enthrone Darkness Triumphant” a płytami Children of Bodom. Tymczasem dostałem najdojrzalszy, momentami najbardziej radykalny materiał Watain, mocno osadzony w ich stylu, ale omijający błędy i wypaczenia, jakich można by się po nich spodziewać biorąc na wzgląd kierunek obrany po „Casus Luciferi”. Na bieżąco śledzę ich dokonania od czasu „Rabid Death’s Curse” i z radością odnotowuję fakt, że dziś właściwie wskakują do swojej własnej ligi. Zakładając, że się nie uważa, że np. Azarath zaprzedał się komercji na ostatnim albumie, to czego tu się właściwie można czepić?

M.: Daj mi szansę, jestem mistrzem w czepianiu się. Zazwyczaj gdy o jakiejś płycie mówimy, że jest „dojrzalsza”, oznacza to, że już nie jest tak fajna jak poprzednia, ale za to bardziej dopracowana pod względem formy. Tego dopracowania bym „The Wild Hunt” na pewno nie odmawiał, ale nie jestem przekonany czy poszerzenie ram własnej stylistyki zaowocowało zestawem utworów, których słucha się lepiej niż „Casus Luciferi” czy „Sworn to the Dark”. I ciekaw jestem w czym według ciebie objawia się ten radykalizm, bo wspomniane ramy też nie są na tyle szerokie, żeby zmieściło się tam więcej niż jedna płyta Fields of the Nephilim i dwie płyty Bathory.

B.: A widzisz, „The Wild Hunt” jest właśnie fajniejsza od poprzednika, który sugerował raczej okopanie się na z góry upatrzonych pozycjach i stopniowe brnięcie w heavyblackmetalowe przytupaje. Powiedziałbym, że Watain pomieścił na tym albumie nie tylko Bathory i Dissection (tego jakby mniej tym razem), ale przede wszystkim „De Mysteriis Dom Sathanas” Mayhem i „Ritual” Master’s Hammer. Zasadnicza część albumu jest najbardziej „metalowa” od dawna, a wszelkie śmiałe próby poszerzenia konwencji wypadają naprawdę godnie – także (inspirowana „Krwawym Południkiem” Cormaca McCarthy’ego – plus pięć do zajebistości) gotycka powerballada „They Rode On”. Radykalizm nie oznacza tu rewolucji, ale porwanie się na bardzo ryzykowną wyprawę w zupełnie nowe rejony kiczu (który zawsze w Watain obecny był) i powrót z tarczą. Albo na tarczy, jak wódz Asparanoiks.Live

M.: Ale wspomniana „powerballada” brzmi jak parodia Bathory z czasów „Twilight of the Gods”. Toż to „power” rodem z płyt Zakopower. Nawet „rozmach” powinien mieć swoje granice. Właściwie brakuje tu tylko fortepianu i Elton Johna. Choć być może fortepian jest, a ja go przeoczyłem. Sęk w tym, że o ile nawiązań do wymienionych przez ciebie zespołów na tej płycie nie brakuje, o tyle trudno zestawić „They Rode On” z „One Rode To Asa Bay” (jak już jesteśmy przy wątku jeździeckim) bez uszczerbku dla tej watainowej tarczy. W kwestii formy na pewno zrobili duży krok do przodu, kiczu też faktycznie jakby więcej, ale czy oznacza to, że ze słuchania tej płyty można czerpać podobną radość jak z przywołanego przez ciebie „Ritual”?

B.: Nie wiem czy można, ale ja wskazałem pewien trop muzyczny, a Ty mnie pytasz „no ale czy to równie dobre”? Idąc tym tropem spuśćmy w kiblu cały black metal, ponieważ „Under The Sign Of The Black Mark”. Jasne, że to nie jest płyta przełomowa dla gatunku, bardziej dla samego Watain, ale czy to powód, żeby miało się jej gorzej słuchać? Czas pokaże jak „The Wild Hunt” odnajdzie się na tle poprzedników, za siebie powiem tyle, że jestem pod dużym wrażeniem świeżości i siły tej płyty. Nie potrafię też powiedzieć gdzie leżą granice nasycania black metalu innymi wpływami. Skoro jednak tak jeździmy po piosence o jeżdżeniu, to pamiętajmy, że ten gatunek przytulił już ariochowy „Anti-Flesh Nimbus”, rapującego Maniaca, ogniskowe zawodzenia Ulver i rzępolenie The Devil’s Blood, więc czemu ktokolwiek (poza fanami Mutiilation) miałby mieć problem akurat z „They Rode On”? Skądinąd bardzo dobrym utworem, który będzie się śnił po nocach zespołowi Glorior Belli. Boję się, że moje płyty Akitsa zejdą w nocy z półki i pogryzą mi kostki za takie herezje, ale zaryzykuję…

M.: A widzisz, bo ja po prostu zmierzam do sedna sprawy. Pytanie „czy równie dobre?” jest tu moim zdaniem najważniejsze. I nie chodzi mi wcale o to, czy to jest jakiś album zmieniający losy świata, tylko czy fajnie się go słucha i czy warto mu trochę czasu poświęcić. Niekoniecznie musimy go od razu mierzyć z klasyką, szczególnie że łatwo się stawia pomniki z perspektywy lat kilkunastu, a my skazani jesteśmy na ocenę „The Wild Hunt” przez pryzmat (tfu, co za wyszukane słownictwo…) dnia dzisiejszego. Ty jednak odwracasz tu trochę kota ogonem, bo najpierw należałoby się zastanowić czy się tego gorzej słucha, a dopiero potem czy wypada rapować, jodłować czy scatować i czy blackmetalowa ballada to rewolucja. A mnie się tej płyty słucha średnio, bo wyczuwalne na niej stężenie patosu zabiłoby nawet muzyków Rhapsody of Fire, a rozstrzał stylistyczny jest na tyle duży, że nie wiem tak do końca o co tym razem temu Watain chodzi. Brakuje mi hitów znanych z „Sworn to the Dark”, a taka „piosenkowa” formuła jakoś lepiej się dla mnie sprawdzała w przypadku tego zespołu. Nie powiedziałbym, że „The Wild Hunt” jest płytą złą, bo fajnych momentów tu nie brakuje. Obawiam się jednak, że mimo odważniejszej muzycznej formuły podzieli ona los „Lawless Darkness” jako rzecz, do której niespecjalnie mam ochotę wracać. Ponieważ jednak już na początku swojej wypowiedzi przyznałeś się, że popełniasz błędy, dam ci fory i pozwolę zamknąć tę dyskusję i wyratować jakoś muzyków Watain z opresji.

B.: Oj tam, oj tam, obaj doskonale pamiętamy, jak narzekałeś na złagodzenie formy po siarczystym i nawiedzonym „Casus Luciferi”, teraz Ci nagle hitów zabrakło… Łaska michałowa na pstrym koniu jeździ, całkiem jak Oni z piosenki. Niezależnie od tego, jak ma się „The Wild Hunt” do „Ride The Lightning” i „Sgt. Pepper’s…”, mi tej płyty słucha się znakomicie. Eryk z Lönnenbergi i jego posępni koledzy niech się sami bronią swoją muzyką, a ta sobie świetnie sama poradzi. Nawet, jeśli jej twórcy to oszołomy, a „Opus Diaboli” jest blackmetalową odpowiedzią na „This Is Spinal Tap”. Życzyłbym sobie, żeby jakościowy standard głównego nurtu black metalu był dziś wyznaczany przez takie właśnie płyty, gdzie estetyczne rokokoko równoważy talent kompozytorski i trupi klimat, który dawno nie był tak mocno obecny w muzyce Watain. Wiśta wio!

Dyskutowali Bartosz Cieślak (sprytnie zakamuflowany jako B.) i Michał Spryszak (zgadliście, M.)

Zdjęcie: Archiwum zespołu