WARPAINT – Warpaint (Rough Trade/Sonic)

Warpaint to w nadwiślańskim kraju mało znany zespół; powstał on wprawdzie w 2004 roku, jednak promuje dopiero swoją drugą, długogrającą płytę. Ma za to niezaprzeczalny atut w postaci składu – cztery kobitki na scenie mogą elektryzować. Do tego dodajmy pochodzenie – gorące Los Angeles i mamy promocję załatwioną. Czy muzyka jest równie intrygująca? W zasadzie nie, co w tym przypadku bynajmniej nie oznacza, że jest zła.

Najważniejszy jest dobry start, co dla Warpaint okazało się dość łatwe a to z racji faktu, że Emily Kokal, liderka tejże formacji, w okolicach 2007 roku ciągała się po ulicach LA z niejakim Johnem Frusciante, który przyjął też na siebie trudy zarejestrowania debiutanckiej ep – ki jej zespołu. Czegóż więcej trzeba? Ok., może np. fajnej muzyki?

Określenie „fajna” jest, rzecz jasna, dość relatywne, bo jeśli ktoś zasugeruje się miejscem powstania grupy, może oczekiwać rockowego glamu i „oczka” puszczanego do słuchacza, tymczasem muzyka z „Warpaint” brzmi, jakby powstała zimą w Bristolu. W zasadzie najlepiej obrazuje ją okładka płyty – zwiewna, oniryczna i niedopowiedziana. Taka jest propozycja zespołu, anonsowanego wprawdzie jako indie, jednak słychać tu sporo słodkiego dream popu, jest wreszcie uważne wsłuchiwanie się w to, co w latach 80 – tych produkowała stajnia 4AD (skojarzenia z Cocteau Twins czy This Mortal Coil jak najbardziej na miejscu). Dorzućmy do tygla jeszcze Portishead i obrazek nabiera kolorów. „Warpaint” to niezwykle stonowana płyta, operująca pastelowymi, delikatnymi gitarowymi pejzażami z lekko zarysowaną sekcją. W tych spokojniejszych momentach mamy do czynienia niemal z balladowym smuceniem, w mocniejszych z gitarowym trip – hopem. Troszkę żałuję, że kawałka „Keep it Healthy” nie zostawili na deser, bo okazuje się, że najlepszą rzecz rzucili na pierwszy ogień – hipnotyzujący numer z rewelacyjnymi harmoniami wokalnymi. Reszta rozciąga się między wspomnianym, trip – hopowym pulsem („Hi”, płynący leniwie „Biggy” czy mroczny „Cc”), niemal popowymi balladami („Teese”, „Feeling Alright”) i nieco bardziej tanecznymi klimatami („Disco/Very” z nowofalową, beznamiętną linią wokalną). Otrzymujemy zatem produkt skierowany raczej do kanapowych słuchaczy, co lubią wgryzać się w dźwięki i szukać klimatu. Tego jest tu pod dostatkiem, co ciekawe, budowanego w zasadzie tylko za pomocą gitar, bez nachalnej elektroniki. Może pod koniec robi się ciutkę nudnawo, ale chyba o taki efekt właśnie chodziło.

Pozostaje kwestia klasyfikacji… Dream – hop z indie – tripowym nadzieniem? Może po prostu gitarowy, alternatywny pop rock i po sprawie. Tak czy inaczej, miła płyta z mocno wyspiarskim posmakiem, w sam raz na nieogarniętą pogodę za oknem.

Arek Lerch

Cztery