WARPAINT – Heads Up (Rough Trade/Sonic)

Muzyka taneczna ma wielką przyszłość, pomyślałem, słuchając nowego dzieła pań z Warpaint. Dzieła niewątpliwie doskonałego, choć także nieco zaskakującego. Bo faktycznie, więcej w tym tupania nóżką i podrygów niż kontemplacji. Być może spowodowane to było po części problemami perkusistki, przez co muzyka w wielu miejscach ma nieco syntetyczne, mocne podkłady, ale jako całość nobilituje pop do rangi sztuki wysokich lotów.

Krótko – jeśli poprzedni album Warpaint brzmiał jak produkt sennych wyspiarzy z 4AD, to na „Heads Up” zespół „wyjechał” do Ameryki (tak, wiem, że tam mieszkają…), zapodał opaleniznę i liznął hip-hopu. To wyraźna zmiana, bo choć klimat pozostał, to poprzestawiane zostały proporcje. Niskie, mocno akcentowane basy i miarowa, dosadna rytmika robią swoje. Jest to jednocześnie dobra próba połączenia nośnej i rozmarzonej muzyki ze zdecydowanym, grubo zaznaczonym konturem. Można z tego wykroić kilka radiowych fragmentów, można delektować się całkiem pokaźną listą detali aranżacyjnych. Ogólnie klimat został tu złożony w ofierze amerykańskiej prostocie i zdecydowanie bardziej rockowemu walnięciu. Rockowe walnięcie jest tu jednak nieco symboliczne, bo na płycie doszło do dość mocnego ograniczenia roli gitary na rzecz syntetyków. Bez zmian – co mnie cieszy – pozostały wokalne popisy, nadające muzyce zdecydowanie przyjemnego lukru i przebojowości. warpaint-press-photo-2-credit-mia-kirby

I teraz pozostaje ciężki temat wybrania z tego zestawu najlepszych momentów. Tak… W zasadzie słucha się tej płyty najlepiej jako całości, ciągu kolejnych, mniej lub bardziej mrocznych, pulsujących opowieści. Jasne, coś tam się wyróżnia, np. utwór tytułowy, siejący wyspiarskim mrokiem z lat 80., kończący płytę „Today Dear”, zagrany na akustycznej gitarze i ładnie zaśpiewany także odstaje. Gdzieś przemknie cień depesza („Don’t Wanna”), ale to wszystko zatopiło się w płynących, osadzonych na zdubowanym basie, alternatywnie popowych kompozycjach. W sumie prostych, ale za to bardzo fajnie ubranych w elektroniczne szatki. Kiedy słucham wyrwanych z kontekstu piosenek, mogę poczuć się nieco znudzony. W całości – łapię puls i mogę słuchać na okrągło. Przesunięcie środka ciężkości w muzycznych poszukiwaniach zasługuje na uznanie, choć to kłopot i szczęście jednocześnie. Zdaje się, że Warpaint znalazł swoje miejsce; tym razem starał się poddać liftingowi i nieco opalić alternatywny smutek z wysp i efekt jest intrygujący. Nie chcę, żeby panie coś w tym układzie zmieniały. A że tym razem trzeba wstać z kanapy i udać się na taneczny parkiet – cóż, przynajmniej stracę ciutkę sadła.

Arek Lerch

Cztery