WARFIST – Metal To The Bone (Godz Ov War Productions)

Czasami zwłoka w zapoznaniu się z jakimś materiałem wychodzi na dobre. W tym roku parę razy zdarzyło mi się, że zwlekałem z przesłuchaniem płyty, a zanim zasiadłem do recenzji, zobaczyłem wykonawcę na żywo i swoją wiedzę o nim poszerzyłem o ważne doświadczenie, jakim jest przekonanie się, czy w konfrontacji z publicznością sobie poradzi.

Z Warfist tak właśnie miałem. Zobaczyłem ich znakomity koncert we Wrocławiu jako jeden z supportów Dead Congregation. Zobaczyłem i usłyszałem, co robią z publicznością. Reakcje były naprawdę entuzjastyczne i wcale im się nie dziwię. Bo Warfist to nie dość, że zespół, który wspaniale dojrzewa na albumach, to jeszcze potrafi tą piorunującą energię przenieść na scenę i zarazić nią widzów. Z „Metal To The Bone” wylewa się ona co sekundę i oprzeć się jej nie sposób. Blackthrashowe granie zielonogórskiej kapeli może nie jest odkrywcze, rewolucyjne, nie przełamuje barier, nie wyważa drzwi, ale z całą pewnością wspaniale oddaje ducha thrashowej tradycji lat 80. i 90.warfist

Jeżeli komuś serce bije żywiej, gdy słyszy stare produkcje Destruction, Sodom, Kreator, Venom, po dwójkę Warfist powinien czym prędzej sięgnąć, bo stylistycznie i brzmieniowo do tych czasów mocno nawiązuje. To muzyka wciąż stworzona do szału w circle picie, do kręcenia młynków „piórami”. Jeżeli mi nie wierzycie, włączcie sobie, na przykład, „Tribe Of Lebus” albo „Written In Blood”. Tylko nieco ponad 30 minut grania, ale za to grania konkretnego w stu procentach, pozbawionego nudy.

Lesław Dutkowski

Cztery i pół