WAR FROM A HARLOT’S MOUTH – MMX (Lifeforce)

Nowe dzieło berlińskich metal/core/math/death/jazz’owców zmiata z powierzchni ziemi europejską konkurencję. Zespół z dużą pewnością siebie zajmuje opuszczony przez Despised Icon tron i pewnie długo na nim pozostanie. Czasami nawet Niemcy potrafią miło zaskoczyć…

Kibicuję berlińczykom od samego początku i muszę przyznać, że kapela rozwija się w niesamowitym tempie. Debiutancki „Transmetropolitan” stanowił w 2007 roku miły wyłom w nieco zagubionej ofercie Lifeforce. Ubiegłoroczny „In Shoals”, choć nieco ustępował debiutowi, także trzymał wysoki poziom. Za to najnowsze dzieło, wspierane dodatkowo bardzo sympatycznym, także tegorocznym, splitem z Burning Skies, rozwala na kawałki. Jeśli oczywiście ktoś nie ma oporów z przyswajaniem nowoczesnej hybrydy metalu, hard core’a i grindu. Muzyczny patent WFAHM wychodzi od bezdyskusyjnej bazy – nawet w najbardziej poplątanych fragmentach opiera się na wyrazistym riffie, czym zapewnia sobie dobrą „słuchalność” i dopiero na tym fundamencie zaczyna rozgrywać aranżacyjny mecz. W temacie konstrukcji i umiejętności technicznych zespół ustawia się w samym centrum trójkąta Despised Icon, Ion Dissonance i Starring Janet Leigh. Mieszanina nieparzystych akcentów, połamane riffy, okraszone blastami i  gwałtownymi zmianami klimatu sprawia mi ogromną przyjemność. Poza tym, cały czas mam wrażenie, że tu nie ma przypadkowych pomysłów, silenia się na wydumane i niepotrzebne komplikowanie muzyki. Nadal, podobnie jak na debiutanckim albumie, zespół ma słabość do lekko jazzrock’owych wstawek ( „Sugarcoat”, fragmenty „Spineless”), mocno inspiruje się sposobem ekspozycji brzmień gitarowych a la Meshuggah (może się mylę, ale chłopaki chyba zaopatrzyli się w siedmiostrunowe gitary…) i nie rezygnuje przy tym z typowo hardcore’owej siły. Chociaż za sprawą „MMX” jeszcze bardziej oddala się od hc/metalcore’owego piekiełka. Trzecia płyta pokazuje zespół jako grupę maksymalnie dojrzałą i świadomą tego, co chce grać. „MMX” to dzieło skończone, dopracowane i perfekcyjnie zrealizowane. Może jedynie okładka im nie do końca wyszła, ale przy takiej jakości muzycznej to najmniejszy problem.

Arek Lerch 6