WAR CHARGE – s/t (Spook Records)

Ach, ten świat hardcore’a… Milion zespołów i jeszcze więcej słów, postaw i aspiracji. War Charge jest gdzieś po środku tej stawki. Ani kiepski, ani wybitny. Może pasuje tu słowo „solidny”? W każdym razie fani, klasycznego, ciężkawego i niezbyt finezyjnego grania mogą poczuć się uszczęśliwieni.

Być może powyższy wstęp brzmi, jakbym lekceważył poczynania zespołu, a przecież jego założyciele to Polacy mieszkający w Szkocji. W rzeczywistości jedynie na zimno oceniam możliwości tego składu, jednak nie mogę sobie nie pozwolić na odrobinę protekcjonalności, bo zespół faktycznie gra bardzo zachowawczo i tylko wtedy, kiedy pogodzimy się z taką a nie inną koncepcją na muzykę, możemy z przyjemnością delektować się tymi dźwiękami.

Ok. – War Charge preferuje przede wszystkim średnie i wolne tempa, w nich czuje się najlepiej i w tych też fragmentach słychać atuty zespołu. Potężne breakdowny, wspierane mocną, „kafarowatą” grą perkusisty, riffy których nie powstydziłaby się Schizma czy Terror i  gardłowy wrzask wokalisty. Niby nic nowego, ale słucha się fajnie. Gorzej, kiedy zespół decyduje się przyspieszyć, bo w tych momentach jest po prostu słabo. Na szczęście, takich miejsc jest tu za dużo. I byłoby wszystko całkiem ok., gdyby nie zamieszczone na płycie trzy kawałki w wersji koncertowej – nie rozumiem jaki w tym sens, bo w XXI wieku, kiedy techniki rejestracji są tak finezyjne, zespół prezentuje nagranie dokonane chyba za pomocą, hmmm, telefonu komórkowego. Cóż, ich sprawa…

War Charge wpisuje się w wizerunek współczesnej sceny hardcore, będąc jego nieodzowną częścią. Nie posuwa tej muzy do przodu, zamiast awangardy wybierając solidny tył. Takie zespoły też są potrzebne i w tym właśnie upatruję siły muzyki szkocko-polskiego projektu – bez większych ambicji stawiają się w roli pospolitego ruszenia, idącego na wojnę z  – jak zwykle – znienawidzonym drobnomieszczaństwem. I tylko oni mogą ten konflikt wygrać. W kupie siła.

Arek Lerch