WALLS OF JERICHO – No one can save you from yourself (Napalm Records)

Nigdy nie należałem do fanów Walls of Jericho, a tym bardziej, nie byłem zainteresowany zespołem u jego szczytu popularności. Mało tego, akustyczny eksperyment, który wywindował kapelę traktuję jako niekoniecznie udany eksperyment, który hordzie znanej z bezlitosnej młócki raczej nie przystoi. Panowie i Pani, sprawczyni całego zamieszania, cieszą się swoją wolnością artystyczną i dlatego dopiero po ośmiu latach i prawdopodobnie kilku miesiącach katowania „The American Dream” przypomnieli sobie dlaczego kiedyś grali tak brutalnie. Świat kochał hardcore’owców z wokalistką na pierwszym planie. Dziś, znów ma ku temu okazję.

Swoją drogą, jeśli chodzi o tak długą przerwę, trzeba jasno powiedzieć, że szalonej gromadce urodziły się dzieci i pomysł na biznes. Candca Kucsuilain przez lata swojej aktywności na scenie dorobiła się opinii twardej babki i nie jest to zwykły epitet. Chyba nie ma drugiej tak napakowanej kobity na scenie, i wierzę, że zarówno na ringu jak i w swojej siłowni daje kolesiom niezły wycisk. I skoro o tym mowa, „No one can save you from yourself” jest idealnym soundtrackiem do ćwiczeń. Absolutnie każdy z numerów aż kipi testosteronem i zachęca do raczej niezbyt przyjemnej zabawy. Domyślam się, że koncertowy arsenał hitów szybko poszerzy się o kilka strzałów z tego krążka, a faworytów upatruję w utworze tytułowym, gotowym do sing-a-longów i thrashowej petardzie „Damage Done”. Kto raz wbiegnie w circle pit przy tym drugim numerze, ten zrozumie o co chodzi.Walls band

Skoro mowa o thrash metalu – piąty album Walls of Jericho pełen jest slayerowskich brzmień, które w połączeniu z metal/hardcore’ową furią i zgrabnie wplatanymi melodiami tworzą wybuchową mieszankę, która – co do tego nie mam żadnych wątpliwości – sprawdzi się na koncertach. Widziałem ich rok temu w Czechach i brzydko mówiąc roznieśli salę, a wszystko to dzięki szczerości, graniu absolutnie po swojemu i od lat niemal wyłącznie w obrębie wypracowanej stylistyki. Refreny, skoczne rytmy i akustyczne fragmenty nie odeszły tak całkiem w niepamięć, gdyż zarówno wersja podstawowa płyty jak i dodatki odświeżają wspomnienia fanów. Czy słusznie? Nie ma to znaczenia, bo znakomita większość z tych utworów w tym roku będzie konkurowała z najnowszym Hatebreed i Jamey Jasta po raz pierwszy w swojej karierze powinien poczuć oddech napędzanej wkurwieniem konkurencji.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery