WAKE – Sowing the Seeds of a Worthless Tomorrow (Every Day Hate Records)

Nie dalej jak kilka dni temu usłyszałem w prywatnej rozmowie takie zdanie: „nigdy nie przekonasz mnie do grindcore”. Prawdę mówiąc, nigdy nie miałem zamiaru nikogo przekonywać, tudzież zmuszać do słuchania hałasu (no, może wyjątkiem będą tu moi sąsiedzi, których z tego miejsca poniżam wyjątkowo serdecznie), ale słowa te wryły mi się w pamięć na tyle, że zacząłem zastanawiać się co właściwie mnie przekonało do tego stylu muzycznego. Myślałem, myślałem… aż w końcu wymyśliłem. Grindcore w dobrym wydaniu daje słuchaczowi tak ponadprzeciętną dawkę energii, że trudno jest mi znaleźć w tej chwili odpowiednie porównanie. To petarda, niczym nieskrępowana intensywność i powalający, bezkompromisowy czad. W skrócie byłoby na tyle. A wracając do tematu, powiem wprost: kocham ten gatunek głównie dla przytoczonych przed chwilą kwestii i tak się właśnie składa, że od kilku tygodni towarzyszy mi album, który w każdym ze wspomnianych aspektów prezentuje się lepiej niż dobrze.

Do tej pory nie miałem jeszcze okazji odwiedzić Kanady, dlatego mogę się tylko drapać w głowę i teoretyzować cóż takiego szczególnego jest w tym kraju, że w ostatnich latach przychodzą tam na świat ponadprzeciętne płyty z grindcore’owej półki. Żeby nie było rzucania słów na wiatr, zapraszam do zapoznania się z ostatnimi krążkami Fuck The Facts czy Okazaki Fragments. Mało? Proszę bardzo. Oto przed Wami, drogie czytelniczki i drodzy czytelnicy, rzecz godna wielkiej uwagi czyli nowy opus Wake. „Sowing the Seeds of a…” to prawie dwadzieścia minut, które mogą przywrócić straconą w gatunek wiarę lub rozbudzić miłość gorącą. Tak, album to czysty, wulgarny majstersztyk. Grindcore’owa perfekcja w mieleniu i niszczeniu miesza się tu z punkowo/crustowymi rytmami i hardcore’owym ciężarem mocno odczuwalnym w nielicznych wolniejszych momentach, ale całość to mówiąc kolokwialnie cios między oczy, po którym można zaliczyć glebę. Jestem pod dużym wrażeniem intensywności tego krążka, tej furiackiej pasji z jaką zespół stara się zmieścić w 8 krótkich strzałach kolejne, ciekawe pomysły. Nie ma zmiłuj;  jest dobry riff, ciekawy aranż i musi się znaleźć dla nich czas w kilkudziesięciu sekundach jakie trwa kompozycja. Tak, proszę państwa, tu się gra grindcore.WAKE band 1

Cały czas mam  jednak wrażenie, że Wake trochę mija się z grindcore’ową sceną, głównie za sprawą bardzo profesjonalnego, w dobrym znaczeniu, charakteru swojej muzyki. W chaosie, który tworzy zespół, nie ma miejsca na przypadek. Trochę to wygląda jak tornado zaprogramowane i sterowane przez bezduszną ludzką bestię. Intensywne, dzikie, powalające, ale nie tracące do końca nad sobą kontroli nawet w chwili największej furii… Przekładając ten opis na język muzyki wygląda to mniej więcej tak: dziki blast, obłędne bębny i melodyjny riff majaczący w chaotycznej przestrzeni. Sprzeczność? Nic bardziej mylnego. Wake z siłą wspomnianego już tutaj tornado ładuje w grindcore’ową formę niespożyte wręcz pokłady witalności i inteligentnej, zabójczej siły.

Na zakończenie wypadałoby poznęcać się trochę nad nowym dziełem Wake i wytknąć twórcom mankamenty. Jednak, myślcie sobie co tam chcecie, nie doszukałem się ich. „Sowing the Seeds of a…”  to materiał kompletny i skończony. A jego jedyną „wadą” jest to, że seans nigdy nie kończy się na jednym odsłuchu.

Wiesław Czajkowski

Sześć