WAGLEWSKI/FISZ/EMADE – Matka Syn Bóg (Agora)

Są w polskim biznesie muzycznym ikony, których w zasadzie się nie rusza, z różnych zresztą powodów. Ta z kolei grupa dzieli się na tych, co są nietykalni wbrew muzycznej – nie do końca przekonującej wartości (nazwijmy ich „celebrytami permanentnymi” z pominięciem nazw…), oraz tacy, których nietykalność jest głęboko uzasadniona faktycznymi dokonaniami. Wśród nich znajduje się niewątpliwie klan Waglewskich, którzy swój muzyczny smak udowadniają po raz kolejny, płytą „Matka Syn Bóg”, na której drugi raz spotkał się senior rodu ze swoimi latoroślami (to dla przypomnienia pani dziennikarce z pewnego radia…).

Jest to chyba jeden z nielicznych przypadków, kiedy dzieci znanych wykonawców, idące w ślady rodziciela, nie robią z siebie kurew a w najlepszym razie pośmiewiska. Fisz i Emade zaczynali bardzo daleko od muzycznej spuścizny Wojciecha Waglewskiego, w światku hip-hopowym i nawet w nim od razu dali się poznać jako twórcy oryginalni, mający faktycznie coś do powiedzenia, bez niepotrzebnego szlifowania nazwiska. Dzisiaj ta para to uznany duet – Fisz stworzył własny styl szczekania, Emade to producent ze złotą ręką do kreowania absolutnie niesamowitego brzmienia (wystarczy sięgnąć po pierwszą z brzegu płytę, czyli „Genesis” Ani Rusowicz, żeby się o tym przekonać). Jednocześnie, za sprawą akcydentalnej współpracy z VooVoo a w szczególności po stworzeniu power trio Kim Nowak, synowie pana W zaczęli się zbliżać do rocka. Druga płyta sygnowana trzema nazwiskami to powrót, ale do korzeni gatunku. WFE stworzyli własny kod, za pomocą którego na nowo, ze smakiem odkurzają korzenny, archetypiczny blues rock, folk, country czy rhytm’n’blues, unikając sztampy, zadęcia (o które można było ich posądzić chociażby za sprawą tytułu płyty) i nudy. Choć ta ostatnia, jako całkiem szlachetny składnik, na płycie występuje.

Zbiór piosenek traktuję jako swego rodzaju rozliczenie z muzyczną spuścizną i próbę stworzenia własnego świata, w którym jest miejsce dla każdego z Waglów. Pewne jest, że w stosunku do utytułowanej „Męskiej Muzyki”, nowa płyta jest dużo bardziej klasyczna a przede wszystkim oszczędniejsza. W zasadzie mamy do czynienia z bardzo ascetycznym aranżem, z naciskiem na gitary – głównie akustyczne, choć i przester gdzieniegdzie się pojawi. Sekcja, ta mocniejsza, pojawia się rzadko, dokładnie tam, gdzie trzeba. Napięcie rozgrywane jest na linii gitary – wokale. To tu czujemy emocje, opowiadane są historie, zarówno dźwiękiem jak i słowem. Skoro o tym ostatnim mowa – udało się panom stworzyć zestaw fajnych opowiastek, gdzie między zabawnymi historyjkami potrafią w niesztampowy sposób przemycić kilka poważnych, dorosłych opowieści – o tym co ważne, o życiu i o oswajaniu się ze śmiercią… Już widzę te kpiące uśmiechy – wcale nie, nie ma tu nawet grama rozbuchanego ego albo napuszonych prób wymyślenia czegoś uniwersalnego. „Normalność” tych słów idzie w parze z niewymuszoną naturalnością płynących dźwięków. Nie ma tu gwałtownych zrywów, przypomina to raczej sielankowe popołudnie na rodzinnej werandzie. I tu dochodzimy do owej, wspomnianej już, nudy. Bo jest, przewija się w leniwie prowadzonych dialogach, pozornie niedbale, od niechcenia rzucanych akordach. Bardzo podoba mi się kultura, z jaką muzycy przedstawiają nam swoje przemyślenia. Ojciec nie sili się na „młodzieżowy” luz, synowie nie muszą udowadniać, że już są odpowiednio starzy. Cholera, rzadko kiedy można usłyszeć tak zgodną pracę bliskich sobie osób. Słuchając tych nut zastanawiam się, kto tu kogo wychowuje/wychował, ale to już opowieść na inną okazję.

„Matka Syn Bóg” to płyta ważna, z różnych punktów widzenia. Bo można ją uznać za pochwałę życia, rodziny, ale przecież muzyka jest ważniejsza a i tu mamy pokaz kunsztownego odczytania rockowej, niekoniecznie tej najostrzejszej klasyki w mistrzowskim stylu. Tyle pochwał i ani grama narzekania. No tak… być może warto wspomnieć, że nie jest to płyta w jakimkolwiek miejscu oryginalna, jednak nie sądzę, by trójka Waglów miała choć przez sekundę chęć na stworzenie czegoś zaskakującego. „Matka Syn Bóg” brzmi raczej jak dźwiękowa próba oddania stanu pozytywnej, życiowej równowagi. Dawno tak przyjemnie się nie wynudziłem.

Arek Lerch

Pięć