VULTURE INDUSTRIES – The Tower (Season Of Mist)

A cóż tutaj się dzieje? Szlachta jakaś siedzi przy zastawionym mięsiwem, owocami i wytrawnymi winami stole i opowiada sobie rymowane dowcipy. Podkręcają wąsiki, gładzą żaboty, poprawiają puder na pucołowatych twarzach. Ktoś zgubił spinkę do mankietu, ktoś inny zakrztusił się drobnymi pesteczkami winogron. Francuski piesek szarpie jednego z panów za nogawkę śnieżnobiałych spodni, a paskudny karzełek, pełniący tu rolę klauna, obgryza w kącie tłuste udko od kurczaka.

Cała ta hałastra rozpływa się w zachwycie nad „La Masquerade Infernale” Arcturus i przekrzykując się nawzajem próbuje imitować manieryczne wokalizy gwiazdorów ze wspomnianej cyrkowej trupy. Wtóruje im wprawny stukot widelców o porcelanę, wibracja kieliszków i trzask pękających od napięcia winogronowych skórek. Od czasu do czasu słychać też gniewne popiskiwanie francuskiego pieska, który zasadniczo dyktuje ton całej tej imprezy. Gdyby wszystko to przełożyć na bliski naszym czytelnikom język przesterowanych gitar, basu i perkusji, to uzyskalibyśmy coś na kształt recenzowanej tutaj „The Tower”. Wytwórnia reklamuje Vulture Industries jako zespół, który wypełnia lukę po Arcturus i jest w tym na pewno sporo prawdy, choć należałoby się zastanowić, czy faktycznie ją wypełnia, czy tylko próbuje.

Jeśli chodzi o styl, to podobieństwa do zespołu na „A” rzucają się w uszy od samego początku i w pierwszej chwili pożałowałem, że właśnie ten album wybrałem sobie z recenzenckiej puli. Tego rodzaju manieryzm rzadko kiedy chwyta mnie za organ imitujący serce, częściej wzbudzając irytację lub w najlepszym razie uśmiech politowania. Nie chciałbym jednak w ocenie płyty (skoro już przyszło mi być jej sędzią i katem) kierować się wyłącznie swoim gustem, więc przyznaję, że całe to „arcturusowanie” całkiem nieźle temu Vulture Industries wychodzi. Jest tu i obowiązkowy patos, jest natchniony romantyzm na granicy użalania się nad sobą, są wizjonerskie spacery w świetle księżyca i wszystko czego byście tam jeszcze pragnęli od swoich ulubionych metalowych romantyków. No i grać potrafią, a producent wiedział jak opakować to w porządne brzmienie. Od Arcturus odróżnia ich jednak brak wyczucia w kwestii kompozycji, które niepotrzebnie ciągną się na przez pięć – sześć minut, podczas gdy wszystko to można by z korzyścią dla utworu zawrzeć w połowie tego czasu. I przez to trudno jest wytrwać w skupieniu przez godzinę trwania „The Tower”, nie fantazjując jednocześnie o byciu poturbowanym przez coś w rodzaju „Fallen Angel of Doom”.

Jeśli zatem kochacie Arcturus tak bardzo, że pod jego nieobecność z chęcią wpuścicie pod dach młodego pazia, który zręcznie imituje obiekt waszych westchnień, to może nawet coś z tego romansu z „The Tower” wam wyjdzie. Mnie to nie bawi, bo „La Masquerade Infernale” jest dla mnie wyblakłą fotką w pokrytym kurzem albumie ze zdjęciami. Nie spędzę zatem więcej czasu w towarzystwie Vulture Industries niż wymaga tego ode mnie recenzencka rzetelność. Zamiast tego uraczę zapewne swoje uszy czymś znacznie mniej wyszukanym, uciekając jak najdalej od całej tej szlachty, którą najchętniej rozgoniłbym z pomocą gromady wygłodniałych chłopów i rozwścieczonych ulicznych przekupek.

Michał Spryszak

Cztery