VREID – Welcome Farewell (Indie Recordings)

Vreid zaliczałem zawsze do grona solidnych średniaków i nie oczekiwałem, że „Welcome Farewell” cokolwiek w tej kwestii zmieni. Czy miałem rację? Tego od razu nie zdradzę, ale i tak 99% czytelników tej recenzji zacznie od zerknięcia na znajdującą się pod nią ocenę, z czego przynajmniej dwie trzecie na tym lekturę zakończy. Nie mam jednak o to pretensji, bo pewnie zrobiłbym tak samo. Zaznaczam jednak, że tym razem nie będę posiłkował się spreparowaną przez wytwórnię biografią zespołu, bo w dużej części ogranicza się ona do wyliczania z kim grali trasy i do jakich nagród byli nominowani, tak jakby kogoś poza nimi mogło to jeszcze podekscytować.

Przejdźmy więc może do samej muzyki. Jeśli hasło black metal kojarzy się komuś z formułą brzmieniową wypracowaną na początku lat 90. w Norwegii, to nie będzie wielkim nadużyciem podciągnięcie Vreid pod ten gatunek. Z pewnych względów kusi mnie jednak, aby dodać do tego określenia przedrostek „post”, i nie chodzi mi w tym przypadku o kwestie ideologiczne. Otóż Vreid jawi mi się jako zespół stojący trochę w rozkroku pomiędzy radykalizmem Darkthrone, a uśmiechniętym Satyrem grającym ze swoim zespołem na wielkiej telewizyjnej gali. Z jednej strony mamy tu bowiem rasowe, metalowe granie (choćby w utrzymanym w „bathorowskim” duchu „Black Waves”), z drugiej produkcja tej płyty pasowałaby bardziej do muzyki w stylu Volbeat. Nie mówię, że każdy musi od razu udawać, że nagrywa w garażu, ale taka stylistyka prosi się o odrobinę pazura. Być może jednak Vreid bardzo poważnie traktuje wszystkie te nominacje do norweskiego odpowiednika Grammy i woli nie narażać przypadkowego słuchacza na ból głowy? W każdym razie nagrany ponad 30 lat temu „Welcome to Hell” brzmi o wiele bardziej ekstremalnie niż „Welcome Farewell”.

Nie, nie jest to na pewno zły album, ale też nie zaszkodziłoby mu skrócenie każdego z utworów o minutę lub dwie i lekka radykalizacja brzmienia. Być może przemawia tutaj przeze mnie mój „lekko” spaczony gust… W każdym razie „Welcome Farewell” ma szansę trafić przede wszystkim do fanów nowszych płyt Satyricon, Immortal albo Sarke, czyli tej bardziej cywilizowanej odmiany norweskiego riffowania. Ba, nawet fani Dimmu Borgir nie powinni się czuć specjalnie przytłoczeni zawartością tej płyty, choć przesadnie rozdmuchanego patosu na szczęście tutaj nie ma. Końcowy wniosek jest taki, że Vreid nadal jest solidnym średniakiem, ale chyba większy akcent postawiłbym dzisiaj na „solidnym”. Nie ma więc powodu, by przesadnie pastwić się nad autorami „Welcome Farewell”, ale z pochwałami też bym się jakoś mocno nie rozpędzał.

Michał Spryszak

Cztery