VOO VOO – 7 (Agora)

Syn mi powiedział: Już nie musisz nikomu niczego udowadniać. Nagraj coś, czego nikt nie kupi – te słowa Wojciecha Waglewskiego mogą posłużyć za najkrótszą i bodaj najtrafniejszą recenzję najnowszej płyty zespołu Voo Voo, zatytułowanej po prostu „7”. No bo jeśli jeden z najważniejszych polskich bandów tzw. muzyki rozrywkowej wypuszcza materiał na którym najkrótszy numer trwa 5 minut i 47 sekund, to znak, że jest to materiał wyjątkowy i nieprzystępny (w znaczeniu „radiowości” i „słuchalności”).

Pomysłem i ideą Waglewskiego na tę płytę był czas. Czas, który nieuchronnie przemija, dzień za dniem. Czas, który jest świadkiem naszych starań, obietnic, smutków i wielkich nadziei. Każdy numer na płycie to kolejny dzień tygodnia. I tak naszą przygodę z „7” zaczynamy (dość wyjątkowo) od „Środy” – a w niej delikatny rytm, lekko rozśpiewana gitara, przypominająca nieco odloty z płyty „Oov Oov”, piękna sekcja smyczkowa i nuty pianina, niezwykle z resztą trafione, tworzą intymny i wieczorny klimat. Raz miło, raz nuda. A nie było tak źle. Voo Voo przyzwyczaiło do tego, że nudy w ich muzyce nie ma. Mimo spokoju i grania ciszą, z każdym odsłuchem płyta zyskuje pewien nerw. Świetnie słychać to w lekko rozedrganym „Piątku”, zbudowanym na melodii i rytmie idącym ze smyków. I przyznasz, że choć to nie pojęte. To piątek stał naszym świętem. Tak jak każdy z nas wyczekuje końca tygodnia, tak Waglewskiemu marzą się piątki tylko we dwoje. Dojrzałość i charakter – w tym wszystkim chodzi o to, żeby wspólnie się wyciszyć. W „Sobocie” dzieją się niespodzianki, gdzieś od połowy kawałka Pospieszalski na saksofonie wręcz hipnotyzuje swoją grą, kiedy do tego wszystkiego dochodzi chór, otrzymujemy coś na kształt mantry, ale bardzo niespokojnej, wiercącej dziurę w głowie. A „Niedziela” jak to niedziela? – A jednak szybko wstałem. A moja ukochana wtedy jeszcze twardo spała. Znów w swojej narracji Waglewski przekonuje nas, że najważniejsza dla niego jest miłość i spokój. Iskrzący rytm i ostro brzmiąca solówka, nieuchronnie (mimo wszystko) przypominają, że poniedziałek już czai się za rogiem. Znów pojawia się ta niepewność i nerwowość. I oto z wielkimi łapskami wdziera się „Poniedziałek” – ciężkie kotły i wysoko zagrana melodia, burzą budowaną przez poprzednie dni harmonię. Pojawia się „szare niebo” i „bury wieczór” – w prostych słowach Wagiel opowiada o życiu w samotności, życiu, które w pojedynkę bywa nieustającym pasmem kolejnych poniedziałków: smutnych, bez zabaw i uciech, bez czułości: Snułem się wtedy bez celu, bo jakoś trzeba było..._MG_8893_fot_Adam_Panczuk

A co z „Wtorkiem”? Mój ulubiony kawałek z „7”, przypominający nieco modne ostatnimi czasy dokonania sceny „americana”. Lekko countrowy i bluesowy pean na cześć kolejnego tygodnia, który przed Waglem, ale i nami. Kolejna walka o jutro, następne starania, nadzieje i wyzwania: Że gdyby miał jutro zaczynać od nowa, nie zmieniałbym niczego. Walka trwa, ale walka to pokorna. Waglewski pogodził się już dawno ze swoim życiem, z tym co ma, a nad czym ciągle jeszcze pracuje. A pracować winien do końca swoich dni… Po śmierci Piotra „Stopy” Żyżelewicza, przestałem śledzić dokonania Voo Voo z taką pasją i namiętnością jak czyniłem to chociażby do płyty „Wszyscy muzycy to wojownicy”. „7” z czasem będzie jawiła się jako najdojrzalsza i najmniej oczywista płyta w karierze Wagla, którą trzeba odkrywać dzień po dniu. Tydzień po tygodniu, a może nawet rok po roku…

Tom Wolf

Zdjęcie: Adam Pańczuk

Cztery i pół