VOODOO – VooDoo (Thrashing Madness Productions)

Cały mój kontakt z muzyką metalową w latach 80. ograniczał się do słuchania opowieści moich kuzynów, którzy z zapałem godnym lepszej sprawy pokazywali mi jak namalować palcem na masce samochodu logówki Venom i Kat. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie robiły na mnie plakaty wiszące w ich pokoju, pełne kolorowych reprodukcji okładek płyt. To jednak był dla mnie jeszcze wtedy inny, obcy świat i choć tamtą dekadę pamiętam bardzo dobrze, to na pewno nie w kontekście hałasu generowanego przez odzianych w czarne skóry i katany kudłaczy.

Trochę zatem za młody jestem (metalowym „stażem”, niekoniecznie wiekiem), by oceniać pozycję jaką zespół VooDoo zajmował na rodzimej metalowej scenie i czy w tym kontekście wznowienie ich debiutanckiego albumu z 1987 roku jest dzisiaj potrzebne. Na ich korzyść przemawia na pewno fakt, że nie są to odgrzebane nagrania z jakiejś tam kurzącej się na strychu taśmy, tylko płyta funkcjonująca w normalnym obiegu w czasach, w których za wtłoczenie swojej muzyki w winylowe rowki niejeden oddałby nerkę albo środkowy palec prawej stopy. Faktem jest, że choć opis twórczości VooDoo na upartego zawrzeć można w dwóch słowach (Iron Maiden), to takie granie wymaga jednak kunsztu nieosiągalnego dla byle chłopaków z osiedlowego domu kultury. Charakterystyczne melodie napędzane pulsującą sekcją rytmiczną muszą robić wrażenie na każdym, kto choć raz zaplątał się w gitarowe struny albo potknął o statyw od hi-hatu. Pod względem samych kompozycji twórczość VooDoo nie stanowiła może zagrożenia dla brytyjskiej korony, ale jako poddani spokojnie mogli przechadzać się po heavy metalowym dworze bez cienia wstydu na policzkach. Być może największą wartość tej muzyki stanowi dziś przywołanie wspomnień wielkiej przygody – tej, która była udziałem i muzyków i kłębiących się pod sceną fanów. Lepiej chyba jednak sięgnąć po tego rodzaju wydawnictwo, stanowiące autentyczny dźwiękowy fragment tamtych czasów, niż tracić czas na stylizujące się na retro zespoły, dla których lata 80. są jedynie wytworem fantazji. Niejednego odrzuci pewnie charakterystyczna dla tej estetyki naiwność tekstów, ale właśnie w niej tkwi ten autentyzm, którego próżno dziś szukać u młodych, co by bardzo chcieli być gniewni. Nie jestem co prawda pewien czy pomimo tych wszystkich zalet muzyka VooDoo miałaby dziś rację bytu w oderwaniu od nostalgii i mitologizacji tamtych czasów, ale po co właściwie komu takie rozważania, skoro można po prostu cieszyć się dobrym, do szpiku metalowym graniem?

Jak to w przypadku reedycji bywa, dorzucono tutaj trochę dodatkowych atrakcji (bonusowy utwór, trzy teledyski, nowy mastering), więc jeśli komuś to nie w smak to niech szuka oryginalnego, winylowego wydania. Natomiast pozostali zainteresowani mogą się cieszyć, że po latach płyta ukazała się na srebrnym krążku, a reaktywowane VooDoo znów „daje czadu”.

Michał Spryszak

Cztery