VOLBEAT – Seal the Deal & Let’s Boogie (Vertigo/Universal)

Dobre pomysły mają to do siebie, że eksploatowane zbyt długo przestają być dobre. Przykładem tej tezy jest najnowsza płyta Volbeat. Zespołu, który swego czasu zabłysnął na scenie neo rockowej, powalając świetnymi melodiami, podbitymi kąśliwym riffem. Michael Poulsen, właściciel iście elvisowskiego gardła, jawił się jako nowy, odchudzony Glenn Danzig i… tak w sumie skończył. Podobnie jak ekipa byłego osiłka z Ameryki, także Duńczycy zwyczajnie się zgubili. A przynajmniej zapomnieli, że nie można karmić luda po raz któryś z kolei tym samym daniem, bo w końcu wszystkim zbrzydnie. Zespół – i to im trzeba przyznać – znalazł złotą formułę, która zrobiła z nich mega gwiazdy i według której tłukł kolejne płyty. Zresztą, i u nas zapełniali duże kluby a ich nagrania w pewnym momencie budziły dreszczyk. Niestety, skoncentrowanie się na odbijaniu kolejnych krążków z takim samym patentem na piosenki, zaczyna się okrutnie mścić. Wiadomo – skoro można na czymś zarobić, trzeba wykorzystać swoje pięć minut i Volbeat to robi. Szkoda, że zapomniał o upływającym czasie. Z pięciu minut zrobiły się lata a muzyka stoi w miejscu i nawet nie drgnie. Na najnowszym krążku ten fakt już nawet nie uwiera, ale zwyczajnie boli. Niby jest ok – każdy kawałek – a przynajmniej pierwsza część płyty – to hit z fajnym refrenem, ale bardzo szybko okazuje się, że powtarzany do znudzenia patent męczy. Nie ma na tej płycie żadnego, nowego pomysłu, ba, nie ma nawet delikatnej próby zmian czy przewietrzenia formuły. I dlatego jest ten album pierwszym, ale bardzo głośnym stukotem młotka, wbijającego gwóźdź do trumny. Jeśli nic nie zmienią, staną się karykaturami samych sobie na miarę wspomnianego Glenna. Szkoda.

Grzegorz: Volbeat od początku skazany był na sukces. Kto by pomyślał, że wcześniej growlujący Poulsen zostanie metalowym Evilsem – ale stał się, i mnie przez długi czas ten stan rzeczy cieszył. Jako jeden z naprawdę nielicznych, duńskich zespołów osiągnęli sukces przez duże S. Niecodziennie jest się headlinerem Graspop. A ty, zwariowałeś przez moment na ich punkcie?

Arek: Oj tak. Trafiło mnie gdzieś przy drugiej płycie bo faktycznie wtedy było to coś świeżego. Refreny, Elvis, wspomnienia po najlepszych czasach Danzig i poszło. Jako rozrywkowa muzyka z nadzieniem fajnie jadących riffów to było coś ekstra. Muzyka do jazdy samochodem, na koncert i do piwa. Yeah. Przynajmniej na chwileczkę (śmiech…).

Grzegorz: Mnie kupili już przy debiucie. Zresztą, wtedy jako młodzian latałem jak głupi po festiwalach w tej części kontynentu i miałem niejedną okazję do zobaczenia ich w najlepszych warunkach. Potem były klubówki w Polsce, trzecia płyta i nagle zespół stał się kurewsko duży, a ja odkryłem, że świeżość, za którą ich pokochałem, stała się dla mnie monotonią. Fajną jazdą bez trzymanki, ale na jedno kopyto.

Arek: „Rock the Rebel…” i „Guitar Gangsters…”. Wtedy potencjał był największy i wtedy powinni byli zacząć myśleć o zmianach i ew. wyjściu z utartej ścieżki. Ale tu chyba zadziałało typowe prawo biznesu – jeśli coś się dobrze sprzedaje, to się tego nie zmienia, tylko eksploatuje do wyrzygania. I tak się właśnie stało z Volbeat. Przyznam, że kolejne płyty bardziej męczyły niż się podobały, bo ciągle wałkowany temat – „zadziorny riff plus elvisowe wibrato” powoli zaczynał wkurzać. Ale myślę, że tym, co zespół zabiło, była gwiazdorka, która spowodowała, że z rock’n’rollowców zmienili się w zmanierowanych i kapryśnych biznesmenów z gitarami. Sławetna akcja na feście Konckout to zapewne jedynie czubek góry lodowej…

Grzegorz: Cóż, pieniędzy ani wtedy, ani teraz im nie brakuje. Mają własne studio, do zabawy dołączył gitarowy Anthrax, w ofertach przebierają wedle swojego widzimisię, a klubowych show w Europie już prawie nie grają, więc, kurde, albo udało im się aż nadto, albo rzeczywiście, gość, który wydawał się być najbardziej wyluzowanym muzykiem w całym nowoczesnym metalu, stał się cwaniakiem w garniaku, w dodatku z pejsami, który liczy mamonę, a muzę nagrywa niczym panowie ze sceny country – ciągle o tym samym, bo lud to kupi.

Arek: No chyba tak jest… Nowa płyta to potwierdza. Cały czas mamy zabawę z tym samym, znanym od lat schematem – elwisa jest nawet więcej niż kiedyś, riff piękny, ale przewidywalny w cholerę. Unifikacja: brzmieniowa, aranżacyjna i graficzna posunięta do absurdu. Rozumiem, że kury znoszącej złote jaja się nie zarzyna, ale istnieje obawa, że rzeczony ptak w końcu zdechnie z przemęczenia a nie ma nic gorszego niż kończyć jako zespół, który zżera własny ogon. I to jest największe zagrożenie dla Volbeat. A cwaniakiem Puolsen jest na 200%, nie mam co do tego wątpliwości. Tyle, że o ile na początku ten cwaniacki sznyt pozwolił mu na osiągnięcie sukcesu, o tyle teraz jest zwyczajnie bucowaty. A to już niedobrze, szczególnie w kontekście lansowanej, luzackiej, rockowej postawy. Nic bardziej nie razi jak sztuczność…

Volbeat band Grzegorz: Ale wiesz co jest najgorsze, że kiedy słuchałem ep-ki poprzedzającej ten album, a był na niej raptem jeden nowy numer i starocie, moja fascynacja kapelą odżyła. Gorzej właśnie w starciu z całą płytą, bo okazuje się, że co za dużo, to nie zdrowo.

Arek: Dla mnie „Seal The Deal” mógłby zakończyć się gdzieś na szóstym kawałku. I nawet nie chodzi o to, że potem zaczynają się powtarzać patenty, ale druga część płyty to zwyczajnie słabsze kompozycje, zupełny brak pomysłu na melodie w refrenach. A jeśli okazuje się, że to co i tak jest przesytem, samo w sobie zaczyna szwankować, to już katastrofa gotowa.

Grzegorz: Chyba tym razem jednogłośnie uznajemy, że band się, no, może jeszcze nie skończył, ale toczy go poważny rak. Choroba dużych pieniędzy, o które w metalu przecież mimo wszystko ciężko, i brak pomysłu na siebie. A po 40-stce o to trudno. Bardzo trudno.

Arek: Przynajmniej spróbujmy coś wyciągnąć z tej płyty. Jest na niej choć parę dobrych kawałków? Masz swoje typy?

Grzegorz: Z pewnością otwieracz – singiel, budzący skojarzenia z pierwszymi dwoma płytami. Swoją drogą, to co urzekło mnie w Volbeat to miks heavy metalu, groove i tego elwisa. Z czasem pojawiły się dziwaczne zapędy w stronę country i takiego zblazowanego grania, dlatego większa część tej płyty jest niesmaczna. Jeśli mam wskazać swoje typy to poza numerem jeden, będzie to cover Teenage Bottlerocket, gdyż nijak w Volbeat nie było punka i „You Will Know”, choć tu mam problem z identyfikacją dlaczego. Chyba za ciężar…. A wiesz czego mi najbardziej brakuje? Pulsu, radości i hymnów. Kurwa, po prostu drugiego „The Gardens Tale”.

Arek: Dla mnie – „Marie Laveau” i może „Let It Burn”. `Ok, jeszcze „Black Rose” i koniec. Dobre kawałki do jazdy samochodem, bo wchodzą w głowę i nic poza tym. A najgorsze jest to, że do końca nie wiem, czego bym od Volbeat oczekiwał? Na dzień dzisiejszy zespół jest na równi pochyłej i szybko zjeżdża w dół. Arogancji nie popiera arogancką muzykę, a jeśli na następnej płycie znowu będzie tak samo, nawet na nią nie spojrzę. Choć mam niejasne przeczucie, że następnej płyty nie będzie…

Grzegorz: Pozostaną zatem dobre wspomnienia. Ale chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię, czy gitarowy Anthrax był tej kapeli potrzebny? Nawet dołożył swoje parę groszy do warstwy kompozytorskiej i… no niewiele dobrego z tego wyszło, a szumu było co nie miara.

Arek: Szum był. Muzycznie kompletnie niepotrzebna akcja. Ot, marketing.

Grzegorz: Ale słaby marketing, bo nie przełożyło się to na muzykę. Zresztą, mnie to kompletnie ni ziębi, ni grzeje kto poza Poulsenem tam gra, ponieważ nikt nie ma ostatniego słowa. A co powiesz o brzmieniu? Bo z płyty na płytę sound niczym wokale nowego Elvisa staje się krystaliczny.

Arek: Czyste, ładne, ale akurat do tej stylistyki pasuje. To jest najmniejszy problem (śmiech).

Grzegorz: Pastwimy się dalej, czy może dochodzimy do wniosku, że zwyczajnie, czas pokaże czy ten band ma jeszcze rację bytu? Chciałbym w to wierzyć…

Arek: Myślę, że nie ma się co pastwić… Trudno powiedzieć czy jest jakaś szansa dla tego zespołu. Raczej Poulsen rozwiąże band i rozpocznie coś nowego – to jedyne wyjście. Ta formuła jest skończona i w sumie wyczerpana.

Grzegorz: Chętnie posłucham. Ale boję się, że nie będzie to mroczne, męskie smęcenie a’la King Dude, a przaśne euro country dla motocyklistów. Do czego to doszło…

Arek: Po prostu – zestarzał się nam Poulsen, zestarzał…

Narzekali Grzegorz „Chain” Pindor i Arek Lerch