VOLBEAT – Outlaw Gentelmen&Shady Ladies (Vertigo/Universal)

Żeby odnieść tzw. sukces, można obrać dwie drogi – należy pokazać gołą część ciała w telewizji, ew. usilnie dążyć do tego, żeby koniecznie zrobić z siebie na ekranie idiotę. Albo ukraść parę milionów i zostać szanowanym biznesmenem roku. Można też wypracować w pocie czoła własną, rozpoznawalną markę, wypromować ją gdzie się tylko da i mieć dodatkowo talent. I odwagę. Od tej ostatniej zaczniemy recenzję nowej płyty duńskiego Volbeat.

Przyznam, że w przypadku tego zespołu przeżyłem kryzys na poziomie płyty „Beyond Hell/Above Heaven”. Nie podobała mi się, bo oczekiwałem czegoś więcej a nie tylko zwykłych, melodyjnych piosenek. Dopiero najnowsze dzieło ekipy pana Poulsena pozwoliło mi zrozumieć w czym rzecz. Mianowicie w odważnym postawieniu sprawy – nie chcemy grać metalu, jeno piękne, do cna melodyjne i jeno delikatnie rockowe piosenki. Zamiast udowadniać, jacy to są groźni, metalowi i czaderscy, volbitowcy nagrali zestaw kilkunastu kurewsko melodyjnych hitów, w których poziom lukru i Elvisa przekroczył stan alarmowy. I żeby to zaakceptować, należy zrozumieć, że mamy do czynienia z zespołem nie metalowym, ale zwyczajnie popowym. Tyle, że z gitarami zamiast organków Casio. Zespołem, który oprócz tego, że postanowił zostać popstarem, pielęgnuje i ciągle szlifuje swój i tak już charakterystyczny wizerunek.  Wtedy nagle okaże się, że płyty słucha się rewelacyjnie, każdy refren wchodzi jak masełko i jest cacy. Są jakieś nowości? Na pewno będzie to zaproszenie przez zespół swojego krajana do odśpiewania kawałka „Room 24”, czyli King Diamond w wersji indie, choć nadal z doskonałym falsetem. A skoro o indie mowa, warto wspomnieć, że Duńczycy sięgnęli po kompozycję Amerykanów Young the Giant („My Body”). Ostatnią nowością jest gitarzysta Rob Caggiano, znany wcześniej min. z Anthrax. I to zapewne jest jedyny, czysto metalowy element „Outlaw Gentlemen and Shady Ladies”. Muzycznie płyta jest gładka jak pupcia niemowlaka, przyjazna i nagrana bez żadnego stresu o ew. posądzenie o bycie miętkim g. Po prostu – piosenki, pięknie zagrane i znakomicie zaśpiewane. Bez poszukiwań, eksperymentów i zaskoczeń. Zespół odkrył złoty środek i eksploatuje go ile wlezie. A jeśli trafi się już mocniejszy riff, jest on tak wkomponowany w całość, żeby przypadkiem kogoś nie zabolał. W ostateczności można go dodatkowo zmiękczyć gitarą akustyczną i jest dobrze. W takim kontekście zestaw z nowej płyty sprzedaje się doskonale. Warto zwrócić uwagę na konstrukcje utworów, bo tu także zespół wykazał się kunsztem, aranżując piosenki bardzo oszczędnie i znowu skupiając się na kompozycji i melodii. Nie sądzę, że ze strony Volbeat grozi nam coś nowego; dzisiaj uznaję, że to płyta, która ma podnosić poziom serotoniny. Mam nadzieję, że na następnym krążku zespół – mimo wszystko – nie zamieni Gibsonów na organy.

Volbeat został rock’n’rollowym HIM dla młodych hipsterów i jako taki mogę go dzisiaj zaakceptować bez bagażu niewiadomo jakich oczekiwań. Beyonce płacze krwawymi łzami, widząc, że można nagrać album z 14 mega – hitami, Metallika zastanawia się, jak ukraść zespołowi parę riffów a sam Elvis Presley błogosławi im z nieba albo piekła (opcja zależna od denominacji). Żyjcie mocno/grajcie długo. Amen.

Arek Lerch

Cztery