VOIVOD – Target Earth (Century Media)

Przed odsłuchem nowego albumu Voivod przygotowałem sobie leitmotiv recenzji w stylu „istnieją na tym okrutnym świecie muzycy niezastąpieni”, co miało ułatwić mi znęcanie się nad nowym dziełem tego zespołu. Finezja Marty Friedmann’a kontra pusta pirotechnika Chrisa Broderick’a; wielka jak sam Camelot charyzma Roya Khan’a kontra dobry warsztat Tommy Karevik’a. Wreszcie sam wielki nieobecny Denis D’Amour, który swoją wyjątkowość, a przez to niezastępowalność w Voivod podkreśla z zaświatów przykazaniem „Nie będziesz miał w Voivod żadnych innych Piggich przede mną”.

Voivod przez ostatnie kilka lat funkcjonował w mojej świadomości jako „niegdyś świetny zespół, któremu umarł wybitny gitarzysta, dlatego nie jest już w stanie nagrywać dobrych albumów”. Wydawałoby się, że ten niezbyt zgrabnie przedstawiony, aczkolwiek chyba w całości prawdziwy ogląd sytuacji będzie powracał przy każdej kolejnym wydawnictwie „Kebeczan”. Szczęśliwie nie jest to tylko kolejny album Voivod. Linia czasu została zachwiana, kolejność zdarzeń przemieszana, zapętlona. Powróciliśmy do roku 1988 i stąd rozpoczynamy podróż „Po tamtej stronie”. Pierwsze przykazanie Piggiego nadal obowiązuje. W zespole gra ten sam Denis D’Amour z 1989 czy 1993 roku, z tym że w procesie reinkarnacji jego duch szczęśliwie przybrał fizis osobnika o nazwisku Mongrain. Być może obcowanie z muzyką zawartą na „Target Earth” przypomina randkę z trupami (ekshumowany Piggy, reanimowany Blacky) z uwagi na immanentność tych dźwięków dla Voivod, zapożyczanych z epoki „Nothingface” i „The Outer Limits”. Jeżeli nawet uznać Mongrain’a za imitatora, czy nawet kopistę stylu D’amour’a, to wrażenie wywoływania duchów z przeszłości z czasem zwyczajnie zaciera się i ustępuje podziwowi nad jego mistrzowskim operowaniem melodyką, wyczuciem kompozycji i tym jak formuła zastosowana po raz pierwszy ponad 20 lat temu nadal brzmi świeżo i naturalnie. To jakby słuchać następnej po „Nothingface” bardzo dobrej płyty Voivod. Odeszło gdzieś proste, przewidywalne granie „do przodu” dominujące na płytach „Infini” i „Katorz” (za wyjątek poczytywałbym nieco bezbarwny utwór „Resistance”). Tu celem jest zniszczenie Ziemi, a nie zabawianie jej mieszkańców. Destrukcja odbywa się przy użyciu takiego arsenału działań, jak zaraźliwość refrenu w „Warchaic”, zamęczenie przeciwnika zmianami tempa („Target Earth”), zahipnotyzowanie pięknem wstępu do „Empathy for the Enemy” i uderzenie z zaskoczenia francuskojęzycznym „Corps Etranger”. Wszystko to programowane w progresywnym, niepokornym, „wojewódzkim” stylu, gdzie nadal najważniejsza jest piosenka.

Myślę, że Voivod A.D. 2013 po prostu nie mógł nagrać lepszego albumu, a Daniel Mongrain bez kompleksów, ale z poszanowaniem dziedzictwa Voivod dał temu zespołowi nowe, lepsze życie. Nie można zatem wykluczyć, że za dekadę młodsze pokolenie uzna „Target Earth” za swój klasyczny album Voivod. A dzisiaj można śmiało postawić egzemplarz „Target Earth” na półce obok „Killing Technology” bez usprawiedliwiania zakupu płyty wyłącznie lojalnością wobec niegdyś wybitnego bandu.

Kuba Kolan
Pięć