VOICES – London (Candlelight Records)

„Ach, wreszcie człowiek warty zabicia” – rzecze Cerdic (S. Skarsgard) do Artura (C. Owen) w filmie „Król Artur”. Warto było czekać prawie cały rok 2014, by wreszcie natknąć się na przeciwnika godnego zmierzenia się z moim guścidłem zblazowanym ilością przesłuchanych płyt. Zaprawdę, brakowało mi w mijającym roku muzycznym doświadczenia dzikiego artyzmu, nagłego ataku i krzywdy, zagrożenia życia i wyzwania, które pozwoliłoby wreszcie dobyć najcięższy miecz i czekać z radością na czyjąś śmierć. Z prochów Akercocke powstał Voices i bije swoim drugim albumem po całości, we wszystkich sztukach walki.

Lubię gdy przeciwnik jest lekko niezrównoważony stylistycznie. Podoba mi się, gdy wpada na pomysł, by oprowadzać wycieczki po Londynie przy dźwiękach black metalowej wersji „Zagłady Domu Usherów” w interpretacji Petera Hammilla. Przewodnikiem jest głos łudząco podobny do Clive’a Owen’a, który bitewne Badon Hill zamienia w Sin City. Gdy głos filmowego Dwight’a milknie, na scenę wkraczają potwory z obrazu „Max Payne”, prawie tak przerażające jak pustka wymierających na sekundę ulic Nowego Jorku. Po tej stronie oceanu, „Londyn” jest bezlitosny, mechaniczny, a jednocześnie muzykalny, przebojowy i skrajnie emocjonalny. Industrialny posmak skompresowanych gitar (Blood Revolt), ich intensywność (Nails), pogmatwanie (dowiedz się kim jest Kevin Hufnagel) i zwierzęcość wokalna Anaal Nathrakh muszą koegzystować z odpychającą teatralnością Czrala (Virus) i miękką melancholią Waciana (Code) z wysokości „Augur Nox”. Wodzony na pokuszenie własnym warsztatem i wizją bycia zespołem lepszym od innych, bo awangardowym, dzięki zdrowemu napierdalaniu Voices nie wydaje się przeintelektualizowany i przesadnie natchniony, co zdarzało się Akercocke. Voices, jako twór muzycznie bardziej nowoczesny, pozostaje bliżej odbiorcy, z drugiej zaś strony stawia na umowność konceptu, która wyznacza granicę między słuchaczem a tym co się opowiada, przez co zespół uzyskuje alibi „Jesteśmy tylko narzędziem, za pomocą którego konstruuje się emocjonalność i otwarcie artystyczne niezbędne do opowiedzenie tej historii”.Voices Band

A zawarty na „London” muzyczny opis miasta jest kompletny; zniszczyło ono całą słabą muzykę z raperami na czele, pozostawiając przy życiu tylko tych, którzy trwają w prawdziwej beznadziei. W końcu i im to chore, brudne miasto opowie ich ostatnią historię. Zaprojektowane w cichości, jego dziurawe dachy, zaparowane szyby, zbyt głośne auta, doprowadzają zdrowych ludzi do szaleństwa. Wespół z wiecznym deszczem produkują wolny czas, który zatruwa umysły mieszkańców czekaniem na coś, co się nie wydarza. W narracji z pogranicza „Kobiety w oknie”, „Łowcy Androidów” i „Outside” Davida Bowie wyłaniają się artysta-samobójca i Megan – prostytutka jako ośrodek rozpoznawania rzeczywistości i źródło doznawania emocji, które przynajmniej wypełniają czas (odwieczne rozterki klienta: „Did you spread your legs for him the way you do for me?”).

Londyn nie musi wyglądać tak, jak widzicie go z perspektywy baru na Trafalgar Square, oczekując na polskiego pośrednika pracy. Nie za chlebem Voices stoi, ale też nie za transcendencją. Niezbyt blisko rzeczywistości i niezbyt daleko. W sam raz, pod Badon Hill.

Kuba Kolan

Pięć i pół