VISTA CHINO – Peace (Napalm Records)

Debiutancki album Vista Chino jest dla mnie swego rodzaju smutnym zwieńczeniem rozbuchanej ileś lat temu stonerowej rewolucji. Z orgiastycznych imprez, żaru pustyni, niesamowitej muzyki i kultowej otoczki zostały pozwy federalne, wzajemne żale i wyciąganie osobistych wątków przez wszystkie strony tej układanki. Jeśli przyjąć, że idealną formą reklamy jest szum medialny i wszelkiego typu syfy wyskakujące jak króliki z rękawa, „Peace” ma najlepszy PR wśród wydanych w tym roku płyt. A sama muzyka? Jest dokładnie taka, jakiej się spodziewałem…

Muszę sam siebie skomplementować. Kiedy w 2010 roku usłyszałem o powstaniu Kyuss Lives!, grupy dowodzonej przez członków legendarnej formacji (wokalista John Garcia i bębniarz Brant Bjork, basy na płycie, mimo rezygnacji z funkcji, zarejestrował nie kto inny jak sam Nick Oliveri), powiedziałem sobie – „oho, będzie z tego więcej syfu niż muzyki”. Ok., muzyka też jest i to całkiem niezła a miejscami wręcz bardzo dobra, ale i tak każdy sprawę kojarzy głównie od strony utarczek i ogólnego zamieszania wokół nazwy i tzw. intencji. Z całym szacunkiem dla muzyków Vista Chino – czy byli aż tak naiwni, licząc, że Homme, ojciec Kyuss, machnie ręką na wykorzystanie nazwy zespołu, którego był twórcą i głównym kompozytorem!? Głupie przekonanie, że sprawa przejdzie bokiem doprowadziło do pozwu i sądowego zakazu używania nazwy, a teraz mr. Garcia w wywiadach żali się, jakoby jest zawiedziony postawą dawnego kolegi. Cóż, może to właśnie on powinien był zadzwonić do Josha i zaproponować podział kasy, jaką przecież zarabia/miał zarabiać na odgrywaniu starych hitów Kyuss doprawionych dla smaku nowymi kompozycjami? Jakoś nie chce mi się wierzyć, że liczył, iż to Homme zadzwoni i pobłogosławi jego dość dyskusyjny i to z każdego punktu widzenia pomysł? Szkoda, że zmianę nazwy wymusiły dopiero takie okoliczności, bo gdyby muzyka zawarta na „Peace” była nią firmowana od samego początku, ta konsumpcja odbywałaby się z mniejszym niesmakiem. Czas zatem na fakty.

W zasadzie płytę można skomentować krótko – jeśli ktoś jest nieortodoksyjnie przywiązany do kyuss’owego dorobku, powinien czym prędzej zaopatrzyć się w ten krążek, bo wszystko hula tu dokładnie jak za starych, dobrych, pustynnych czasów. Charakterystyczne, suche i zamulone brzmienie gitary (Bruno Fevery powinien Josh’owi dłoń ucałować z wilgotnym mlaśnięciem…), praca sekcji, w zasadzie od razu wiadomo, kto gra i buczy. Powiem więcej, muzyki doskonale się słucha, nawet lepiej niż wczesnych nagrań Kyuss, co pewnie wynika z dojrzałości i większego ogrania muzyków. Po dłuższym posiedzeniu z „Peace” dodam też, że zdecydowanie lepiej i więcej dzieje się w drugiej części płyty, skąd pochodzą najlepsze kawałki zespołu. Wpadający w głowę „Adara”, wydarty z notatnika Homme’a, wolny „Dark and Lovely” i wreszcie „Acidize…The Gambling Moose” – trzynastominutowy kolos, w którym jest wszystko co najlepsze – zmiany nastrojów, psychodelia, pustynna burza i wyraźna doza improwizacji. Zakończenie płyty powala i pozwala mieć nadzieję, że będzie jeszcze lepiej. Zresztą, pozostałe numery złe nie są, jedyne co można im zarzucić to… bałwochwalcze wręcz przywiązanie do brzmieniowo – stylistycznych kanonów Kyuss.

Nie rozumiem, dlaczego zespół tworzy idealną wręcz kalkę tamtego klimatu, muzyki i żaru, skoro John Garcia w rozmowie z redaktorem T-Mobile Music robi wszystko by epokę Kyuss odbrązowić. To jedyny chyba zarzut i pewna niekonsekwencja, która nie pozwala do „Peace” podejść zupełnie na luzie ani wystawić jednoznacznej oceny. Co nie zmienia faktu, że 12 listopada stawię się na jedynym koncercie zespołu w stołecznej Proximie, żeby spróbować zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi…

Arek Lerch