VIRUS – Memento Collider (Karisma Records)

Jeszcze więcej basu, jeszcze więcej dysonansów, jeszcze więcej transu. Ewolucja, nie rewolucja. „Memento Collider” Virus brzmi mniej więcej tak, jak można się tego było spodziewać – zabrano z tej muzyki kolejny pierwiastek kuca (no ni ma tu metalu, za grosz), wpuszczono jeszcze więcej świeżego powietrza, a efekt jest co najmniej zadowalający.

To nie jest płyta z gatunku przyjemnych. Wieje od niej chłodem – przynajmniej na pierwszy rzut ucha – i może się wydawać nieco monotonna. Ale to nie monotonia, a trans. Zamiast przeładowywać muzykę dźwiękami, dodano – jeszcze więcej niż na poprzednich płytach – przestrzeni. Na tle kapitalnie brzmiącej sekcji rytmicznej (ten bas!) gitara wypluwa z siebie strzępki riffów, co kojarzy się momentami z Can; echa twórczości Niemców, odpowiednio przefiltrowane, słychać szczególnie w drugiej części kawałka „Steamer” – swoją drogą – chyba najsłabszego na płycie. Oprócz Can znajdziemy tu także co nieco Bauhaus czy Talking Heads, ale generalnie Norwegom udało się stworzyć dzieło, które wszelkim szufladkom i porównaniom się wymyka. Płyta zdaje się być efektem stopniowej ewolucji zespołu – bo przecież wibracje są podobne co w twórczości Ved Buens Ende, nie ma też drastycznych różnic w porównaniu do poprzednich krążków nagranych pod szyldem Virus. Najistotniejsze to: zdecydowanie większy luz, więcej przestrzeni i znacznie mniej przybrudzone brzmienie.Band

Album jest bardzo równy, trzyma poziom. Jeśli poszukamy dziury w całym, znajdziemy wspomniany wcześniej utwór „Steamer”, który zdaje się brnąć donikąd, chociaż ma kilka interesujących fragmentów. Poza tym raczej nie ma się do czego przyczepić i w zasadzie trudno wybrać ten najlepszy utwór. Moim osobistym faworytem jest „Gravity Seeker”, w którym sekcja rytmiczna daje prawdziwy popis, nie odzierający go przy tym z wyjątkowej, jak na ten album, chwytliwości. Bo, generalnie rzecz biorąc, melodii to nie ma na tej płycie zbyt dużo – tzn. są, ale się dobrze kamuflują, nie są oczywiste i nie wpadają w ucho. Wokal jest bardzo specyficzny – coś pomiędzy melorecytacjami Lou Reeda, a śpiewem Iana Curtisa. Znudzony, zimny głos Czrala pasuje do tej niepokojącej muzyki jak ulał.

Jakiś czas temu pisaliśmy na łamach Violence Online o nowej płycie Vektor, którym to zespołem część metaluchów ogromnie się zachwyca – że to niby takie nowoczesne, oryginalne granie. Prawda jest taka, że ani nowoczesne, ani specjalnie oryginalne i bardziej pasuje określenie przekombinowane. Virus pokazuje, że wcale nie trzeba wpychać na siłę w kompozycje 30 różnych, skomplikowanych riffów – że można operować niedomówieniami, grać przestrzenią, bez napinki. Nie ma dzisiaj drugiej ekipy, która tak bardzo wybiegałaby w przyszłość. Bo to jest właśnie kierunek, w którym powoli metal będzie szedł – że metalu nie będzie w nim wcale.

Paweł Drabarek

Pięć i pół