VIDIAN – A Piece of the End (Arachnophobia Records)

Być może teza jest ryzykowna, ale odnosimy wrażenie, że obszerna szufladka z napisem „post metal” staje się w ostatnich czasach nie tyle symbolem otwartości i niezmierzonych, gotowych do zagospodarowania przestrzeni, co pułapką dla zespołów próbujących znaleźć dla siebie nowe miejsce na muzycznej mapie. Zdradliwość sytuacji związana jest z łatwością, z jaką można wpaść w koleiny wytyczone przez ikony gatunku. W ostatnich latach chyba nikomu nie udało się poszerzyć granic wytyczonych przez takich gigantów jak Neurosis, Cult of Luna czy krajowych potentatów z Blindead. Zmieniają się aranżacje, melodie, ale schemat nie został przełamany. W pewnym sensie dowodzi tego także najnowsza ep – ka bydgoskiego kwintetu Vidian. Cztery nowe utwory to klasyczny, post metalowy lot, skręcający to w rejony bardziej progresywne, to znowu w sludge’owy ciężar. I choć nie można odmówić im sprawności wykonawczej, to jednak brakuje w tym wszystkim jakże pożądanego elementu zaskoczenia. Potraktujmy zatem „A Piece of the End” raczej jako… przyczynek do ewentualnych zmian, które być może choć w małym zakresie sprowokuje poniższa dyskusja…

Bartek: Wow, zapotrzebowanie na nowy album Blindead jest tak wysokie, że fani sami nagrali tę płytę!

Arek: Zapotrzebowanie, owszem, jest, ale raczej na wczesny Blindead, bo z ostatnim wcieleniem ekipy Havoca, nowy mini album Vidian nie ma zbyt wiele wspólnego. Jest raczej symptomatyczny dla całego – tego polskiego – post metalowego grania, które stoi w męczącym rozkroku między pragnieniem  – nadal – używania gryzących przesterów, a pokusą wyrzucenia ich na śmietnik. W takim wymiarze rzeczony mini album ciutkę zawodzi. Bo nie potrafi (nie chce?) opowiedzieć się po konkretnej stronie. Czyli jest eklektyczny. Kolejne słowo – wytrych…

Bartek: Tak, Vidian niewątpliwie jest za ciasno w metalowej piwniczce. Ja dorzucę jeszcze jedno: „dojrzały”. Bo to taka dorosła postać postmetalu, pięknie zagrana, wyprodukowana na wysoki połysk, gotowa do wystawienia na support i przed Cult of Luna, i przed Riverside. Vidian doceni i post-rock.pl, i Teraz Rock, i Paweł Ruciński z Radia Gdańsk, i pewnie nawet ten gość, co w Metal Hammerze pisze o indie rocku. I ja rozumiem, że ta muzyka może się podobać. Ale mi serce nie drży. Coś tu za ładnie jak dla mnie.

Arek: Nie wiem, kto pisze do Metal Hammera o indie (śmiech). Wiem za to, że faktycznie MH doceni taką płytę, bo mieści się w „normie”, czyli jest bezpieczna. Użyłeś słowa „dojrzały”. I akurat takie słowo nie jest tu chyba najszczęśliwsze. Bo w kontekście nowej muzyki Vidian, „dojrzały” znajduje się niebezpiecznie blisko „stateczny”. „Uświadomiony”. Krótko – brakuje mi w tym materiale jakiegoś przełamania. Wyjścia poza konwencję, tymczasem – co oczywiście dla całej rzeszy maniaków wcale nie musi być wadą – te piosenki brzmią, jakby zostały nagrane z dużą dbałością o reguły… A może ze zbytnim do nich przywiązaniem?

Bartek: A obaj pamiętamy, że kilkanaście lat temu taka muzyka szła w poprzek reguł, była świeża i zadziorna, a nawet nie miała gatunkowej nazwy. Pamiętam, kiedy polecono mi „Oceanic” Isis z opisem „takie trochę pod Tool granie” (śmiech). Brakuje mi dziś tego nieokrzesania „Celestial”, „The Beyond” czy „Devouring Weakness”. Słuchając Vidian przypominam sobie, jak za namową kolegi dałem ostatnią szansę Riverside, i po raz n-ty okazało się, że to dla mnie bariera nie do przejścia. A to przecież zasłużenie doceniona muzyka.Vidian band

Arek: Tak po prawdzie nie sam Vidian jest temu winny. Bo przecież ze swojego, subiektywnego punktu widzenia panowie mogą inaczej postrzegać rzeczywistość, z drugiej strony – nikt nie komu nie nakazuje wymyślania siebie non stop na nowo. Jest takie określenie, które ostatnio często przywołuję, bo jest modne (he, he) – „strefa komfortu”. I właśnie nowa ep-ka Vidian zakreśla wyraźne granice tej strefy. Choć kiedy słucham po raz kolejny płytki, nasuwa mi się taki obrazek – oto grający na sali prób zespół tworzy nowy numer i nagle ktoś mówi: „nie, to do nas nie pasuje…”. I chyba tak troszkę wyglądało tworzenie tej ep-ki. I to mnie najbardziej uwiera…

Bartek: Oczywiście, nie o winę tu chodzi. Jestem przekonany, że Vidian są z siebie bardzo zadowoleni, bo z pewnością nagrali taką płytę, jaką sobie wymarzyli. Zwyczajnie nie po drodze mi z ich wizją. Analogiczną sytuację z próby wyobrażam sobie tak – siedzę i słucham jak panowie grają. Ładnie im to idzie, a mi jakoś tak głupio, ani piwa nie otworzę, bo wszyscy przy herbacie siedzą, ani papierosa nie odpalę, bo zaraz ktoś mruknie, że mu śmierdzi… Kończą, patrzą w moją stronę i pada pytanie – „I co myślisz? Super, no nie?”

Arek: No i tak sobie dyskutujemy, utyskujemy, ale nie padło tu najważniejsze stwierdzenie. Dobra jest ta ep-ka czy nie? I tu pojawia się problem, bo w zasadzie trudno oceniać ten mini-album obiektywnie, w oderwaniu od kontekstu. Bo w takim właśnie, sterylnym wymiarze można przyczepić się do wielu rzeczy, zbytniej zachowawczości itp, jednak jeśli zainstalujemy ten materiał w kontekście sceny, w kontekście fanów takiego grania, można uznać go za rzecz udaną, trzymającą poziom i zgrabnie poruszającą się w gatunkowych meandrach. A że awangarda tej sceny jest już w zupełnie innym miejscu? To chyba muzykantom nie przeszkadza. W końcu nie każdy musi być prorokiem na scenie post metalowej, nieprawdaż?

Bartek: Prawdaż, ale co z tego, że się zgodzimy co do wartości obiektywnej, skoro żaden z nas nie zapalił się takim zwykłym ludzkim entuzjazmem? Życzę Vidian wielu sukcesów, a  wydawcy sprzedania całego nakładu, ale ja… pójdę na papierosa.

Narzekali: Bartek (dalej zwany Cieślakiem) i Arek (tu i ówdzie znany też jako Lerch)