VICTIMS – A Dissident (Deathwish Inc.)

Co łączy malowanie według numerków, amerykańskie kino porno i d-beat? Wszystkie te dziedziny zakładają ścisłe trzymanie się wytycznych ustalonych lata temu, i jakoś zdających egzamin, sądząc po ilości entuzjastów. Taka to już specyfika gatunku, nie podoba się to zapraszamy do opery, szkoły plastycznej albo sąsiedniej kabiny.

Ziarno zasiane przez wiadomo-jak-genialny debiutancki album Discharge najżyźniejszą glebę odnalazło w Skandynawii i do dziś najbujniej tam rozkwita. Niby Skitsystem sami już chyba nie wiedzą czy istnieją, Mob 47 mieli starocie a Anti-Cimex oddali ducha, ale „druga fala” tamtejszej sceny trzyma się dzielnie. Nie tylko Wolfbrigade i Disfear po latach wycierania klubowych scen przyładowali najlepsze albumy w swoim dorobku – do tego zacnego grona dołączyli właśnie ich rodacy w Victims. Jako się rzekło, granie scandipunka to jazda na patencie, co nie oznacza bynajmniej, że ogranej formuły nie można nieco odkurzyć. Tak w przypadku „Comalive” i „Live the Storm”, jak i „A Dissident” wyjściem okazało się „pometalizowanie” brzmienia, choć bez zatapiania się bez pamięci w odmętach entombedowskich riffów. Nisko zestrojony bas i mięsiste gitary zalatujące chwilami produkcją typową dla Sunlight Studio niekoniecznie zauroczą demówkowo-siedmiocalówkowych ortodoksów, ale ja obstaję przy tym, że płyta tak doświadczonej i zarazem żywiołowej grupy nie mogłaby brzmieć lepiej. Co do samej muzyki – Victims bez kompleksów tłucze swoje polki-galopki, Johan i Jon drą się wniebogłosy, co i rusz jednak zarówno pałker, jak i gitarzyści zerkają w stronę swoich inspiracji zza Atlantyku. Obstawiam, że są nimi płyty Die Kreuzen i Youth of Today. Do tego wymiar trzynastu ciosów w niecałe 26 minut realizuje mój ideał proporcji albumu hardcore’owego, który jest tak zapakowany energią i żywiołem, że najlepiej od razu ustawić funkcję „repeat”, bo po co przerywać demolowanie mieszkania. No i ta okładka – naprawdę świetna. Na tyle, że trzeba było wydać to jako split z debiutem Blaze of Perdition, hłe hłe… I dobrze, nie we wszystkim Szwedzi muszą być pierwsi.

Kolejne odsłuchy utwierdzają mnie w przekonaniu, że „A Dissident” to płyta tej klasy co wspomniany „Live The Storm”, mimo że bez TYCH nazwisk w składzie. Może znów popłynąłem na fali ekscytacji i letniej aury, do której hardcore’owe ganie zawsze mi doskonale pasowało, ale… Chwilowo podaż takich dźwięków jest nieco skromniejsza, Disfear zbierają siły, Wolfbrigade próbują zewrzeć szeregi a From Ashes Rise chyba jeszcze na dobre się nie obudzili ze śpiączki, Victims wstrzelili się więc idealnie w zapotrzebowanie, zapewne nie tylko moje. Na razie nie wydaje mi się, żeby za dwa lata „A Dissident” miał wydawać mi się płytą mniej niż bardzo dobrą.

Bartosz Cieślak 5