VERMIN WOMB – Permanence (Throatruiner Ṙecords)

Na takie chwile czeka się z utęsknieniem. Istnieje niewielka liczba zespołów, których rozpad zostawia u słuchacza niezmierny smutek w sercu, a każdy kolejny powrót do dyskografii zdradza pytanie – dlaczego akurat im musiało się to przytrafić?! Jednym z nich był Clinging To The Trees Of A Forest Fire, ponury żniwiarz wśród nietuzinkowego, grindcore’owego poletka – mieszanka eksperymentalna wysokiej klasy. Dla pociechy stęsknionym, ze zgliszczy grupy wyłonił się Primitive Man, oczerniały sludge przypadł do gustu słuchaczom, jednak było to już coś innego. Ku memu zaskoczeniu okazało się, że na tym nie koniec, a panowie szykują coś więcej. Tym czymś jest Vermin Womb – kontynuacja, a może kolejna odskocznia?

Informacja na facebookowym profilu pierwotnej formacji okazała się prawdą. „CTTTOAFF is dead. Long live Vermin Womb” – po takiej wiązance ciężko o opanowanie emocji, a gdy dochodzi do bezpośredniego zetknięcia się z materiałem, to z przygryzioną wargą i zaciśniętymi pięściami czekamy na kolejny bieg zdarzeń. I muszę przyznać jedno – nawet gdybym nie wiem jak bardzo chciał się zdystansować do słuchanej muzyki to ta automatycznie łamie wszelkie bariery i blokady, niczym pocisk wbijający się natychmiastowo w najgłębsze miejsca mojego mózgu. Jest to wyznacznik wielkiej potęgi muzyki, muzyki memu sercu bliskiej.Vermin Womb – Permanence logo

I choć obawiałem się, że jeżeli wszystko, co spowolnione, ociężałe i ponure miał CTTTOAFF do zaoferowania, spoczęło na Primitive Man, tak teraz wszystko, co nieposkromione i chaotyczne będzie domeną Vermin Womb. Nie jest tak, co mnie bardzo cieszy, bo Vermin Womb to niejednolity twór, działający sprawnie zarówno na gruncie szaleństwa jak i spokoju. Idealnym tego przykładem jest „9 fruitless years of total fucking agony”, początkowo rozłożony na pojedynczych dźwiękach osadzonych w klimacie grozy, z kolejnymi sekundami rozpędza się do stanu totalnego rozgardiaszu – budowanie atmosfery na medal. Rozpoczęcie przez „You know nothing”, to jasne przypomnienie o powrocie króla, o powrocie, którego nie było, bo to co się będzie działo potem to nic innego jak kontynuacja dzieła CTTTOAFF tylko, że w świeżym wydaniu. Jest przestrzennie i wciągająco („Bitterness”), ale i nieznośnie irytująco, jak w trwającym minutę „Setting Standards”. Końcówka „Grave” to istny obłęd, mimo, że tempo minimalne, zostawia w głowie spustoszenie. Dźwięki rozwleczone w zapętlonej kompozycji sprawiają wrażenie oddalających się w aurze psychodelicznej ironii, jakby całe to zamieszanie zostawione przez Permanence nie miało miejsca.

Mogę odetchnąć z ulgą i pokiwać głową w geście zadowolenia, gratyfikując Vermin Womb spełnienie moich wybrednych oczekiwań. To trochę jak zamówić ulubioną pizzę, a w prezencie dostać drugą taką samą i jeszcze lody na deser. Jest wszystko co potrzeba, a nawet więcej. Nawet nie w głowie mi dywagacje, czy oby trochę nie za krótko jak na start, jednak przemawiałaby za tym chciwość i chęć nieustannego napawania się tą niezwykłą muzyką.

Adam Piętak

Pięć i pół