VEKTOR – Terminal Redux (Earache)

Kosmos. Czy ten temat nie jest już trochę zbyt oklepany? I w literaturze, i w filmie, i w muzyce spoglądano w górę już tyle razy, że mogło się to przejeść. Co chwilę jednak przychodzą kolejni amatorzy odległych galaktyk i podnoszą temat raz jeszcze. Amerykański Vektor robi to w sposób ujmujący na tyle, że spora część metalowej braci wpadła po wysłuchaniu „Terminal Redux” w ekstazę. Czy słusznie? Czy naprawdę jest się czym podniecać? O tym dyskutujemy z kolegą Łukaszem.

Paweł: Życie to sztuka wyboru. Jest taka kapitalna scena w „Once Upon a Time In America” Leone, w której to Patsy, dzieciak jeszcze i prawiczek, udaje się z wizytą do pewnej młodej damy oddającej się za ciastko. Kupuje takie lepsze, za 5 centów (za te tańsze robi ręką) i puka do drzwi. Matka nierządnicy otwiera i każe mu zaczekać. Patsy siedzi więc na schodach i czeka. I zerka – to na ciastko, to na drzwi. Na jego twarzy rysuje się napięcie. I znowu – na ciastko, na drzwi. W końcu otwiera papierek i zanurza palec w zawartości. Próbując zaostrza sobie apetyt – ładuje więc kolejny palec. W pewnej chwili zdaje się, że zmienił zdanie i z powrotem zamyka papierek. Zerka znów na drzwi, jeszcze raz na ciastko i… zjada je, ale z taką łapczywością, jakby nie miał nic w żołądku od tygodnia. I Vektor to dla mnie taki właśnie niezdecydowany Patsy. Stoi w rozkroku pomiędzy wtórnością, a eksperymentem. Pomiędzy tym, co było, a czymś nowym. Fajnie się tej płyty słucha, ale brakuje mi skoku na głęboką wodę. Za dużo kuca w tym Voivod!

Łukasz: Ależ panowie z Vektor klepią to samo od początku działalności. Nowa płyta raczej nie wnosi nic poza dużą ilością śpiewania w dwóch ostatnich kawałkach. Wiesz co, oni chyba nigdy nie mieli aspiracji, by odkrywać nieznane i grać w 100% oryginalnie. Fakt, mają zręby własnego stylu, aczkolwiek całość dalej oparta jest na grecko-szwajcarsko-kanadyjskim fundamencie. Trochę kosmosu od Voivod, techniczne zawijasy a’la Coroner i blackowy rój gitarowych much na modłę Deathspell Omega. Tak widzę całą dyskografię Vektor. Ale wiesz co? Paradoksalnie ta kucowa naiwność i nieunikniona w thrash metalu wtórność są jednymi z atutów „Terminal Redux”. Czwórka Arizończyków stara się robić swoje i konsekwentnie rozwijać własny styl, ale jednocześnie nie silą się na oryginalność. Wpływa to pozytywnie na całokształt.

Paweł: Dlatego trochę mnie dziwi, kiedy ludzie robią z nich nowy Voivod i traktują jak jakieś objawienie. Na bezrybiu i rak ryba – tak to sobie tłumaczę. W porównaniu do innych współczesnych thrashowych zespołów, to oni są rzeczywiście oryginalni.

Łukasz: Jest jeszcze Revocation, chociaż ich twórczość wykracza daleko poza hermetyczny świat thrash metalu, ale dalej nie mówiłbym tutaj o przesadnej oryginalności. Wracając do Vektor – co noc, przed snem, kminię sobie, jakim cudem ten „Terminal Redux” spotkał się z tak ekstatycznym wręcz odbiorem ze strony metalowców w przedziale wiekowym 15-50? Nowe Death Angel przeszło bez większego echa, na Deströyer 666 niektórzy kręcą nosem, a odtwórczy Vektor zbiera więcej pochwał niż ostatnie materiały wydane pod szyldem Voivod. No o co tutaj chodzi?

Paweł: Może to przez ten płaszczyk progresywności, który Vektor na siebie nakłada? Te wszystkie wywijasy, solówki donikąd, długie kawałki… Może to na niektórych robić wrażenie. Moim zdaniem trochę przekombinowali, a wspomniane solówki brzmią momentami jak jakieś Dragonforce. O, pomysł z soulowymi wokalistkami wyśpiewującymi riffy bardzo mi się podoba. Kosmicznie to brzmi… To generalnie fajna płyta, ale jednak wspomniane przez Ciebie pozycje podobają mi się bardziej. Tu jest wszystkiego za dużo.12745803_10153338325951821_3528625937156490078_n

Łukasz: Nie zgodzę się. Panowie wszystko odpowiednio zbalansowali. Masz mnóstwo zagmatwanych solówek, techniczne zawijasy, ale oni sami chyba doskonale wiedzą, że najlepsze piosenki to te, które zostają w głowie na długo. Bardzo długo. Wbrew odstraszającemu czasowi trwania lwiej ilości utworów i tej „kosmicznej” otoczce – jaka ona jest irytująca w dzisiejszych czasach, zwłaszcza, gdy zmuszony jestem słuchać tech/deathowych wypocin – im naprawdę wyszły przebojowe numery. Melodie rządzą tą płytą, przede wszystkim melodie. Są tak niesamowicie nośne, że już po pierwszym spotkaniu z nią nuciłem większość riffów. Bywało ciężko, bo to wyjątkowo pokrętne dźwięki, ale jednak.

Paweł: Zgoda, to są chwytliwe numery, ale można je było znacznie uprościć i dać tej muzyce więcej przestrzeni. Tutaj ta progresywność jest momentami – mam takie wrażenie – trochę na siłę. No ale ok, taki urok tej muzy.

Łukasz: Czy na siłę? Sądzę raczej, że owa progresywność jest immanentną cechą muzyki Vektor, a jej upraszczanie raczej mijałoby się z celem. Ale z drugiej strony taki Voivod też uznawany jest za zespół progresywny, ale nigdy przesadnie nie epatowali techniką…

Paweł: Otóż to. Widzisz, ja po protu nie lubię tej gitarowej masturbacji, palcowej ekwilibrystyki, a tu jest kilka takich momentów, że po prostu odczuwam zmęczenie. Ale zmieniając temat – co sądzisz o kawałku „Collapse”?

Łukasz: Ja też nie, serio. Ale od każdej reguły jest wyjątek, Vektor eksplorują onanizatorskie terytoria na tyle zręcznie, że słucham tego z bananem na twarzy. A co do „Collapse” – świetna ballada chłopcom wyszła. Emocjonalna, szczera, nawet trochę wzruszająca. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby poszli dalej w tym kierunku. Tylko wtedy odwróciłaby się od nich większość słuchaczy. W dzisiejszych czasach thrashowcy potrafią być równie ortodoksyjni jak w latach 80., ale wzbudza to u mnie jedynie uśmiech politowania.

Paweł: No właśnie – ciekaw jestem, w jakim kierunku teraz pójdą. Są już całkiem popularni, więc na radykalną zmianę stylu bym nie liczył. Byłoby to chyba zbyt ryzykowne. Ale może, krok po kroczku… Bo ten zespół jednak trochę się rozwinął, poszerzył horyzonty, dowodem czego właśnie ta quasi-ballada, czyste zaśpiewy i tak dalej.

Łukasz: Myślę, że będą raczej pielęgnować to, co robią już od „Black Future”. Chociaż… Może „Collapse” to taki utwór-próba? Może chcieli wrzucić na płytę eksperyment w postaci właśnie tego kawałka, sprawdzić reakcje fanów? Wiesz, bawi mnie jedno. Thrash to niby taka muzyka buntu, ale myślę sobie, że każda nutka, każda sekunda na „Terminal Redux” była przemyślana, a kompozycje niezwykle dopieszczone. Coś nie chcę mi się wierzyć, że skomponowali całość na hurra. Nie na etapie tej trzeciej decydującej płyty. Nie po aż 5-letniej przerwie wydawniczej. Czas pokaże, spoglądam na to z ciekawością.

Paweł: Cholera, czy thrash nadal jest muzyką buntu? Kiedyś był na pewno, ale teraz? Mam wątpliwości. No chyba, że uznasz granie oldskulowego thrashu za bunt przeciwko nowoczesnemu graniu. Takie okopanie się w latach 80. Hmmn… może i coś w tym jest. Na pewno masz rację co do tego, że ta płyta jest dobrze przemyślana i dopieszczona. To słychać od razu.

Łukasz: Dochodzi do dosyć paradoksalnych akcji. Paru znajomych chce pograć agresywny, brudny thrash stając naprzeciw wszystkim trendom, a co wychodzi? Nagle kapele thrashowe wyrosły jak grzyby po deszczu. Ba, wciąż wyrastają. Rozumiesz? W samej Polsce wciąż są fani miliardowych wariacji na temat Exodusa i Testament. Ile można?

Paweł: Ludzie lubią piosenki, które już kiedyś słyszeli. Ot, sentymenty. To ma swój urok. Tzw. retro rock też jest od kilku lat bardzo popularny, a to przecież także kolejna wariacja na temat tego, co już było i co dobrze znamy.

Łukasz: Dobrze, tylko thrash tak wariuje już od 15. lat. Rozumiesz? 15 lat. W 15 lat Paradise Lost zdążyli nagrać album pop-rockowy i death metalowy. A takie – losowy przykład – Suicidal Angels kalkę nagrań Sepultury i Slayera. Wiadomo, że najlepsze jest coś, co już kiedyś słyszeliśmy, ale porównaj to do diety. Gdybyś codziennie jadł jedynie kanapki z serem żółtym, poirytowałaby Ciebie ta rutyna, nie?12376600_10153234793521821_2225664775298985612_n

Paweł: Sam możesz sobie komponować składniki diety – nikt Ci nie każe słuchać tylko thrashu. Osobiście robię to od święta, bo mnie to zwyczajnie nudzi. Thrash swoje lata świetności ma już dawno za sobą – teraz to już raczej muzyka dla grupki zapaleńców. Vektor nie ma za bardzo konkurencji. Brzmią, w porównaniu do innych współczesnych kapel, świeżo.

Łukasz: No ma właśnie Revocation, to chyba tyle z konkurencji. Nie zastanawiało Cię, dlaczego w black i death metalu wciąż rodzi się coś nowego, gatunki ewoluują, a thrash tak sobie stoi w miejscu od roku 1999? Czym to może być spowodowane? Przecież wraz z końcem ostatniej dekady ubiegłego wieku było wiele kapel ciekawie eksperymentujących z tą stylistyką: Nevermore, Strapping Young Lad, Forbidden – żeby wymienić kilka.

Paweł: Zarówno black, jak i death powstały nieco później, a co za tym idzie są jeszcze mniej wyeksploatowane. Nie wiem. Dzieje się teraz w muzyce tyle, że jakoś problemy thrash metalu nie bardzo mnie zajmują. Widzę jeszcze takie rozwiązanie Twojej zagwozdki, że fani thrashu są dzisiaj zwyczajne zbyt konserwatywni, a ramy gatunku zbyt sztywne.

Łukasz: Ale wiesz co? Te powroty do korzeni i brutalizacja muzyki wychodzą na dobre weteranom. Przykłady? My Dying Bride, Paradise Lost, Megadeth, Anthrax. I obaj wiemy, że to raczej zgrabny chwyt marketingowy, niźli nagła miłość do staroci, lecz fani to lubią. Czyżby odgrzewany kotlet smakował zatem lepiej od wysublimowanego dania z Mikronezji?

Paweł: Przynajmniej wiesz, czego się spodziewać. I na tym chyba polega sukces odgrzewanych kotletów.

Sensu w odgrzewaniu kotletów szukali Paweł Drabarek i Łukasz Brzozowski.