VEIN – Errorzone (Closed Casket Activites)

Bez dwóch zdań, pełny album Vein to jedna z najlepszych płyt tego roku. Dowód na to, że nu-metal i hardcore świetnie idą ze sobą w parze, a dźwięki, które na pozór do siebie nie pasują, wnoszą do sceny nową jakość. Wielu z nas zapomniało, że to, czym zasłynął Korn potem wielokrotnie przemielono, łamiąc wiele utartych w metalu schematów. Część pismaków, fanów i po prostu słuchaczy nie przełknęła zarówno łamańców, a w późniejszym czasie hip-hopowych elementów tej muzyki. O ile w przypadku tego ostatniego pełna zgoda, tak zabawy z rytmem, elektroniczne wtręty i dłubanie w basowej smole to jedne z obecnie najbardziej pożądanych elementów, co zresztą Vein skutecznie wykorzystuje, waląc powyższym niczym obuchem w łeb.

Chcę jednak zaznaczyć, że to co „nu” w kontekście Vein to prędzej wściekły Slipknot z czasów demówek i debiutu, pierwsze podrygi początkowo jeszcze core’oego, opętańczego The Dillinger Escape Plan, a do tego zagrany z polotem, jajem i przede wszystkim, techniką, jakiej nie powstydziliby się dużo bardziej uznani koledzy. Zespół cieszy się ogromną estymą w środowisku, niczym Renounced na Wyspach, i nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że przyszłość ekstremy należeć będzie jeśli nie do tej dwójki, to do absolutnego numeru jeden, zespołu wizjonerskiego i układającego coraz to bardziej złożone puzzle – Code Orange. Nie bez kozery wspominam o tej nazwie bo najwyraźniej jest to pierwszy i główny odnośnik dla „Errorzone”. Nie mam z tym absolutnie żadnego problemu, gdyż od pierwszych taktów „Virus/Vibrance”, a dokładniej od breakbeatowego breakdownu doskonale wiem z czym będę miał do czynienia.Band

Słowem kluczem do opisu mieszanki jest „wkurwienie”. Tych dziesięć „piosenek” to prawdopodobnie najbardziej bezlitosny materiał jaki usłyszycie w tym roku. Rytmicznie wprost z kosmosu, mocno przebasowany, niszczący małżowiny uszne miejscami niemal (iluzoryczną) kakofonią, i wiecie co? W to mi graj. Jeśli kiedykolwiek machaliście baniakiem do wczesnych nagrań zamaskowanych muzyków z Iowa, będziecie wiedzieli co zrobić z „Errorzone”. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, bo mimo wszystko Vein to ani podrzędni kopiści, ani wynaturzenie na scenie hardcore. Jeśli któryś zespół pcha ten wózek dalej, zachowując przy tym twarz i estetykę DIY, to właśnie Vein. W Stanach urastają do miana jednej z sensacji ostatnich lat, i jedyne co mogę powiedzieć, to że zazdroszczę takich zbawców sceny. Z innego bieguna, skoro Cane Hill wchodzą do mainstreamu jako ta bardziej ułożona forma nu-metalu/melodyjnego grania, warto sprawdzić gdzie leży granica bezlitosnego nap…, gdzie trzy wokale przecinają się z perkusyjnymi atakami sygnalizującymi, że to groove kładziony przez sekcję gra tutaj pierwsze, nienastrojone skrzypce.

Grzegorz Pindor

Pięć