VEIL OF MAYA – Matriarch (Sumerian Records)

Teraz już wiem, dlaczego podopieczni Sumerian Records rozstali się ze swoim dotychczasowym wokalistą. Czasem dochodzi do znaczącego rozmycia się wizji zespołu, i – czego nie ukrywam – Brandon rzeczywiście nie wpisałby się w konwencję, jaką przyjęli muzycy na „Matriarch”. Zespół dość enigmatycznie zapowiadał pójście w nieco sfeminizowaną stronę – cokolwiek miało to znaczyć – i o dziwo, tak się stało.

Progresywni death metalowcy z Chicago drastycznie odcięli się od stricte połamanego i intensywnego grania, racząc nas czymś na kształt miksu własnej twórczości z Periphery i quasi-metalcore’ową elektroniką. Czy oznacza to rozwój? Być może tak. Z całą pewnością stary krzykacz przeszkadzałby w większości z kompozycji. Zresztą, sami możecie to ocenić; nie sądzę aby choćby w 1/10 potrafił tak czysto śpiewać. Zaznaczę jednak, że ogólnie, Brandon był lepszym, (death) metalowym wokalistą. Nowy nabytek Lucas Magyar (węgierskie korzenie?), który uzupełnia damski koncept „Matriarch” jest za to bardziej elastycznym krzykaczem, posiadającym dość zróżnicowaną barwę, acz wyraźnie słychać, że do tej pory jadł chleb z metalcore’owego pieca. To dla wielu fanów Veil of Maya jest wielkim minusem i nie sposób się z tym zgodzić. Jednakże, kiedy odstawimy swoje oczekiwania wobec tego zespołu, okazuje się, że kolega Magyar jest idealnym zastępcą długogłowego brodacza z Chicago. Kuleją co prawda teksty, acz liczy się ostateczny efekt – a ten, choć mocno przebojowy i kierujący zespół w nazwijmy to radiowe rejony, wcale nie oznacza zatracenia własnej tożsamości.

Szef Sumerian Records jest zachwycony zmianą VoM. Nie dziwię mu się, bo z pewnością zarobi więcej. Fani za to głowią się już nie nad tym dlaczego w każdym z utworów słyszymy wokale a’la Spencer Sotelo i dlaczego kwartet zrezygnował z dbania o… riffy. Marc Ocubo pozostaje oczywiście młodym bogiem gitary, ale tak duża ilość breakdownów nie przystoi nawet przeciętnym deathcore’owym hordom, a co dopiero jednej z najlepszych ekip ostatnich lat. Zakładam, że może to być rezultat przyjęcia nowego gardłowego, który znacznie lepiej czuje się w mniej plastycznych kompozycjach. Z drugiej strony, kiedy słucham „Mikasa”, zdecydowanie najlepszej kompozycji albumu, będącej podsumowaniem przeszłych dokonań uzupełnionych o „inspiracje” Periphery, daję muzykom z Chicago potężny kredyt zaufania i z nadzieją patrzę w przyszłość. Tak kompletnej kompozycji panowie nie nagrali przynajmniej od czasu swojego drugiego albumu, a z całą pewnością, sama „Mikasa” bije na głowę rzeczy z „Eclipse”.VoM band

Brzmieniowo „Matriarch” nie odstaje od poprzedniczek. Nadal jest mocno cyfrowo, ale dzięki wprowadzeniu bardziej „popowych” elementów, twórczość Veil of Maya, z jak dotąd gęstej i nie dającej odetchnąć, stała się przestrzenna, a dynamika utworów w większości pozbawionych kanonad blastów, zdecydowanie cieszy ucho. Na koniec jeszcze o „koncepcie”. Jak słusznie zauważył jeden z internautów, poza „Three-Fifty” i dość przeciętnym jak na ten band „Phoenix”, wszystkie utwory odnoszą się do postaci znanych z filmów, gier i popkultury. „Mikasa” oczywiście wyróżnia się na tle reszty, ale kto oglądał doskonałą serię „Elfen Lied”, szybko pokocha otwierającą album, niemal mathcore’ową „Nyu”.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery i pół