VAMPIRE WEEKEND – Modern Vampires of the City (XL Recordings/Sonic)

Jak się czuję słuchając nowej płyty Vampire Weekend? Jak dziad. Ok., nie zamierzam farbować brody i wygładzać zmarszczek, żeby złapać kontakt z nastolatkami. To zresztą nie będzie konieczne, bo trzecia płyta nowojorskich wampirów, bożyszczy indie rockowej rewolucji (której chyba jednak nie było) to przykład całkiem poważnej i jedynie częściowo rockowej muzyki. Nowoczesne wampiry zarzuciły melanże w akademikach i skupiły się na muzyce, nie zapominając, że mieszkają w neurotycznym mieście, które nie śpi…

Powiedzmy sobie uczciwie – Vampire Weeekend nie jest dla wszystkich. Część odpadnie, zdegustowana tłumem kręcących się wokół zespołu kul trendziarzy. Innych zniechęci lekki manieryzm (ktoś powie – wykreowany, własny styl…) grupy a jeszcze innych poważnie wkurwi denerwująco dziecinny wokal Ezry Koeinga. Sam zaliczyłem z ciekawości jeden seans z poprzednim dziełem „Contra” i niemal zwichnąłem szczękę od męczącego ziewania. Dlatego do „Modern Vampires…” podchodziłem z ociąganiem i raczej bez jakichkolwiek oczekiwań. I troszkę się pomyliłem. Okazuje się, że nawet egzaltowane studenciki potrafią dojrzeć i zrezygnować z rozkroku pomiędzy alternatywnym teenager popem a indie rockiem. Tyle, że nadal nie wiem, gdzie w końcu wdepnęli.

Pomijam w tym miejscu dywagacje pt. ”czy Ezra i koledzy są dobrymi kompozytorami?”. Są różne punkty widzenia i z każdego z nich widać zupełnie inny zespół. Najważniejsze jest to, że grupa z dużymi ambicjami zajęła się eksploatowaniem możliwości różnych i niekoniecznie rockowych instrumentów i przede wszystkim, w nieco może paranoiczny, ale i zwyczajnie intrygujący sposób zbudowała nowe piosenki. Przede wszystkim chodzi o grę kontrastów. Potrafią intrygująco wyciszyć, wręcz zminimalizować muzykę, bazując jedynie na syntezatorowych plamach i pojedynczych uderzeniach instrumentów, pomrukując smętnie niczym Cave a chwilę później zadają melodię, nie pasującą do niczego. Czasami brzmią jak alternatywni eksperymentatorzy, w innym miejscu grają buczącego i pierdzącego, garażowego rocka, który wykrzywia zęby tylko po to, by w finale odjechać niemal w stronę muzyki klasycznej. W zasadzie, jeśli ktoś oczekuje zbioru w miarę spójnych piosenek, musi o tej płycie zapomnieć. Trzeba przełknąć fakt, że Vampire Weekend starają się unikać jak ognia zaszufladkowania. Nic tu nie jest oczywiste; sposób użycia instrumentów, aranżacje, zabawy fakturami, melodyka. Przyznam się, że tym razem mnie zaintrygowali. Jasne, nadal czuć w tym jakąś beztroskę, jednak bliżej im do Radiohead niż The Strokes, co mnie zresztą bardzo cieszy. Nie zamierzam też niczego wyróżniać, bo w zasadzie każdy kawałek jest z innej parafii, bazuje na innym pomyśle. Na szczęście, nie ma tu przerostu eksperymentu i faktycznie udało się muzykantom skompilować kilka fajnych kompozycji i melodii (może zresztą ten ostatni element przesądza o tym, że całość ma swój charakter?). No i zachować status zespołu cokolwiek kontrowersyjnego. Nadal będą mieć tyle samo zwolenników co zajadłych przeciwników. I bardzo dobrze…

Jest też „Modern Vampires of the City” swego rodzaju znakiem czasów, dezorientacji i braku jakiegoś wyraźnego punktu odniesienia. Pozostała zabawa strzępami pop kultury, wyciąganiem dawno zapomnianych wątków i próbami układania w coś swojego. W tym przypadku wyszło całkiem nieźle, zespół obronił muzyczne magisterium, co zaś będzie dalej? Cóż, myślę, że czwarta płyta będzie w tym przypadku bardzo trudnym sprawdzianem…

Arek Lerch

 Cztery