VALLENFYRE – Splinters (Century Media)

Po ostatnim, wyśmienitym A Fragile King, Sir Gregor Mackintosh nie pozostawił żadnych złudzeń, że metal niejedno ma imię. To było dokładnie cztery lata temu, kiedy razem z muzykami My Dying Bride, At The Gates i Doom, zrobił skok w bok od Paradise Lost, za sprawą projektu o nazwie Vallenfyre. W tym roku ponownie dadzą popalić i to nie tylko serią koncertów na letnich festiwalach, ale głównie przez wydanie drugiej długogrającej piły mechanicznej, nazwanej złowrogo „Splinters”. Za sznurki znów pociąga Century Media Records.

Ich muzyczne dokonania można skwitować jako wypadkową staroświeckiego death metalu w połączeniu ze sludge’owym dołem, prestrzenią i zaawansowaną depresją, dodaj do tego nisko growlujący wokal, co rusz przeplatany opętańczo wyjącymi solowymi partiami gitar, a efektem końcowym będzię taki majstesztyk jak „Splinters”. W momencie, kiedy usłyszałem, że ten album jest składany do kupy w studio i niebawem ujrzy światło dzienne, przeszła mnie myśl, czy nie powinni poprzestać na jednym, porządnym wydawnictwie, zamiast po prostu przecholować, z drugiej strony zżerała mnie zwykła ludzka, prowadząca prosto do piekła, ciekawość co z tego wyniknie. Muszę nadmienić, że trochę mi zajęło zanim wziąłem się za ten materiał; teraz już wiem, że powinni grać jak najwięcej. Zaczyna się od numeru „Scrabs”, z miejsca daje się odczuć styl i klimat pierwszego lp, czyli jazda na oślep prosto w przepaść. Nie inaczej jest w numerach „Savages Arise” i „Aghast”, w najlepszy, możliwy sposób oddających czystą esencję Vallenfyre, a „Dragged To Gehenna” to ciężki topór do ścinania głów. Wyborne.Band

Kolejny raz udowodnili że nie grają sztampowo, mają swoją wizję, pomysł i doskonle to wykorzystują. Potrafią z gracją wrzucić piąty bieg, przyjebać konkretnym, średnim tempem, idealnym do machania długimi kudłami, ale zagrać też cholernie wolno, bez męczenia buły. Wszytko jest tam dobrze wyważone i przemyślane, czyniąc „Splinters” albumem brutalnym, ale niebanalnym, zróżnicowanym, na domiar złego przygniatającym ciężarem jak walec asfalt, z całą ubitą masą mroku, smutku i ponuergo nastroju jaki niesie ze sobą, od takich kawałków jak „Bereft”, na tytułowym, genialnym traku kończąc. Słuchając tego mam chęć popaść w depresję na własne życzenie, w tym wszystkim jest taki nadmiar skrajnie negatywnych emocji i pewnego rodzaju czarnej magii, że wprost nie sposób od tego uciec. Cytując „Thirst For Extinction”: „no light escapes the shadow”. Pozostaje jedynie dobić się tymi przeklętymi dźwiękami i upić na smutno. Polecam!

Sam Tromsa

Pięć