VALLENFYRE – A Fragile King (Century Media)

Łatwiej byłoby uwierzyć 1 kwietnia w to, że Greg Mackintosh nagrał brudną death metalową płytę. A jednak to nie żart, a najprawdziwsza prawda. Po śmierci ojca gitarzystę Paradise Lost dopadła potrzeba napisania muzyki podobnej do tej, jakiej słuchał głównie jako nastolatek.

Dlatego właśnie brzmienie Vallenfyre może kojarzyć się z Autopsy, Grave albo Bolt Thrower. Gotyckie piękno poszło na bok, do głosu doszła fascynacja ciężkim, agresywnym, cmentarnym death metalem. Greg śpiewa głębokim growlingiem i nie ma żartów. Na dodatek dobrał sobie do spółki nie lada grajków – Hamisha z My Dying Bride, Adriana z At the Gates czy Scoota z Doom.

Już pierwszy „All Will Suffer” pozbawia złudzeń, że jest to płyta z przyjemnymi piosenkami. Choć w następnym „Desecration” pojawia się nuta melodii, nie dajmy się zwieźć, na „A Fragile King” nie znajdziemy wpadających w ucho refrenów. Są szybkie, bezpośrednie i brutalne kawałki jak „Ravenous Whore”, „As the World Collapses” czy „Humanity Wept”, gdzie można odnaleźć metalowy ciężar doprawiony punkowo-hardcore’ową złością. Są także bardziej stonowane, odrobinę wolniejsze „Seeds” czy zamykający album posępny „The Grim Irony”.

Vallenfyre nie dokonuje żadnej rewolucji, ale oferuje płytę, która przypadnie do gustu fanom klasycznego brzmienia z lat 90-tych. Bez dopieszczonej produkcji i setek poprawek w studio, bez silenia się na oryginalność, ale przede wszystkim z sercem, zapałem i potrzebą wykrzyczenia złości i frustracji.

Adam Drzewucki 

Cztery