VALIENT THORR – Our Own Masters (Volcom Entertainment)

Czy można uznać za największy sukces zespołu fakt, że za żadne skarby świata nie można przyporządkować i w jakiś sensowny sposób określić muzyki, jaką gra? Jeśli tak, to Amerykanie z Chapel Hill z palcem w tyłku takowe laury zdobyli. Nie wiem, co gra ten zespół, poza tym, że obsługuje tradycyjne instrumentarium gitarowo- perkusyjne. To jedno jest pewne.

Valient Thorr powstał w 2000 roku, wydał sześć płyt i ponoć – idąc tropem notki promocyjnej – gra ponad 200 koncertów rocznie. Ten ostatni fakt słychać w muzyce grupy. Opanowali sztukę wyciskania z instrumentów ciekawych rzeczy na wysokim poziomie technicznym. I w tym miejscu kończy się moja inwencja, bo doprawdy, miks przygotowany przez grupę jest tak dziwaczny, że nie wiem, jakimi słowami go opisać. Ok., spróbujmy. Na pewno jest to rockowo-metalowa mikstura, w której pobłyskują echa thrash’u, jest nieco hardrocka, można wychwycić elementy charakterystyczne i dla AC/DC, jest zadziorność Motörhead a nawet sporo typowo punkowego napierania. Podobnie „rasowo” zespół wygląda. Wszystko jest podane w dziwnych, mocno niestandardowych aranżacjach, wykazujących sporą inwencję w temacie „ubierania” muzyki. Jeśli już mamy typowo kostkowany riff, musi on być poparty nieszablonowym biciem bębnów, jeśli rytm jest w miarę prosty, pojawiają się mało metalowe harmonie. Czasami grupa wznosi się na szczyt instrumentalnych popisów, by za chwilę zagrać niechlujnie niczym pijany panczur. Jedno jest pewne – zespół ani na moment nie odpuszcza, cały czas grając na pełnej spinie. Co jakiś czas pojawiają się ciekawe partie solowe, miejscami muzyka dostaje całkiem rock’n’rollowego viba i wtedy jest chyba najlepiej przyswajalna. Także mój odbiór jest niejednolity – chwilami mam „lot” i wtedy słucha się płytki nieźle, innym razem nie mogę złapać klimatu. Nie ośmielę się też nazwać twórczości Valient Thorr nawet w małym stopniu kabaretem. Tak mija sobie tych dwanaście numerów, wśród których w pamięć zapadają min. „Manipulation”, „Insatiable”, czy „Torn Apart”, gdzie zespół pakuje całą masę pomysłów, fundując słuchaczowi iście zwariowaną podróż po amerykańskich bezdrożach. A na koniec, żeby jeszcze bardziej puścić przysłowiowe oko, żegna się kompozycją „Call Off the Dogs”, która została żywcem podpieprzona ze śpiewnika niejakiego Josha Homme…

Myślę, że każdy sam musi wyrobić sobie zdanie na temat tego ciekawego, choć miejscami także drażniącego krążka. Na pewno nie jest to łatwa muza, ale nie mam tu na myśli jakichś odjechanych i połamanych struktur. Raczej chodzi o to, jak te dźwięki smakują. Niezła mikstura, trzeba to przyznać. Niejakich wyjaśnień dostarczy na pewno koncert zespołu, który odbędzie się podczas Days of Ceremony, 19 lipca w stołecznej Progresji…

Arek Lerch 

Cztery i pół