VADER – Iron Times (Nuclear Blast)

Posiadanie polskiego obywatelstwa i marudzenie nad dokonaniami Vader to rzecz ryzykowna i… z góry skazana na niepowodzenie. Bo Vader wrósł w naszą, metalową kulturę i chyba szokiem stanie się moment, kiedy Peter odpuści. Pisząc te słowa z niedowierzaniem spoglądam wstecz. Ile to już lat vaderowa ekipa szlaja się po świecie i zamiata mniejsze czy większe sceny?! Dzisiaj szczególnie widać, że Vader to pewnik, rzemieślniczy punkt widzenia szefa Piotra Wiwczarka, który ukształtował w pewnym sensie linię programową tego biznesu. Nie bójmy się tego słowa – to poprawny rzemieślniczo twór, który dzisiaj podlega tylko niewielkim przekształceniom. Takim, które w żadnym wypadku nie przeszkodzą w koncertowych wojażach, zaś zmiany wizerunku są – co jest paradoksem – dokładnie przemyślane, tak, by nikogo nie urazić czy zniechęcić. Rzecz jasna, to mój punkt widzenia, jakże różny od zachwytów red. Czajkowskiego nad Welcome To The Morbid Reich (choć przyznaję – okładka jest faktycznie jedną z lepszych w karierze zespołu…) czy równie ciepłych słów jakie pojawiły się na Violence odnośnie Tibi Et Igni. Vader wie jak zjednać sobie słuchaczy. I tak, po latach, dochrapał się  statusu niezłomnej ikony polskiego metalu. Metalu, który dzisiaj ma z klasyką dużo więcej wspólnego niż w swoich początkach. Inna sprawa, czy ktoś w to wierzy, czy nie. Osobiście wolałem ten Vader, który na etapie „Litany” pozował do zdjęć w dresach, choć oczywiście to uśrednienie, bo 200% takiej mody wyrabiał w zespole malowniczy basista Shambo. I tu dochodzimy do meritum, czyli dyskusji na temat nowej ep-ki „Iron Times”, która po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że trójca „De Profundis”/”Black To The Blind”/”Litany” jest niezachwiana i wszystko co wydarzyło się po 2000 roku jest dla mnie takim życiem po życiu. A jednak będę się tłumaczył, bo znam dobrze realia tej sceny i wiem, jak wiele wysiłku i wyrzeczeń kosztuje taka droga. Powiedzmy – 10% zabawy i 90% ciężkiej orki. Pracowitości zespołowi nie odmawiam, przekonania też, ale jeśli chodzi o nowe dokonania, nie zgadzam się z Grzegorzem, że jest to dobry kierunek. Tym bardziej, że na wcześniejszych ep-kach zespół potrafił być zaskakująco otwarty, że wspomnę o rewelacyjnej płytce „Kingdom” i równie udanym dziele „Blood”. Wspomniane, „solidne rzemiosło” to za mało dla Vader i gdzieś tam jest smutek, że nie są w stanie nagrać czegoś co przywali mi w głowę jak wspomniane płyty, z naciskiem na Black to The Blind. Cóż, zobaczymy co przyniesie „The Empire”, choć premierowe songi i jeszcze większe cofnięcie w stronę klasyki metalu jakoś nie nastrajają mnie optymistycznie…

Grzegorz: Sprawa jest prosta, dobrze wiesz, że ja Vader biorę w ciemno, a że kocham heavy metal, „Iron Times” jest balsamem dla moich uszu. Może niezbyt dopieszczonym, podanym trochę od niechcenia bo nie są to zupełnie nowe rzeczy, ale…

Arek: Właśnie. Nowe, stare, wasze, nasze… Nie masz wrażenia, że od paaaru dobrych lat Vader ciągle poszukuje? Głównie w przeszłości. I to powoduje, że coraz trudniej traktować zespół jako produkt współczesności a bardziej jako relikt dawnych, kombatanckich czasów… Fakt, czuje się na tym poletku bardzo dobrze.

Grzegorz: Peter wspominał o tym kiedyś, że jego to co nowe niespecjalnie interesuje. Gdyby nie Mariusz, pewnie dalej grałby trasy z reprezentantami starej szkoły. Z drugiej strony, niejednokrotnie musiał się uginać pod realiami rynku, zwłaszcza kiedy jego zespół był np. supportem dla The Black Dahlia Murder. Zauważenie, że metal poszedł do przodu, to jedno, ale najważniejsze, żeby się w tym wszystkim odnaleźć. To Vaderowi się nie udaje. Ja tego nie oczekuję, bo od jakiegoś czasu albumy naszego międzynarodowego kwartetu są na w miarę równym poziomie i nie przeszkadza mi „zerkanie” wstecz.

Arek: Równy poziom” to straszliwy eufemizm. Chcesz usprawiedliwić i wytłumaczyć brak pomysłów?

Grzegorz: Byłoby ich sporo gdyby komponował więcej niż jeden członek batalionu. Wiem czego mogę po tym zespole oczekiwać. A skoro czepiasz się braków, był czas, kiedy Siegmar z Vesanii dorzucał swoich parę groszy do vaderowskiej układanki. Tu jakieś intro, tu klawisz do jednego czy dwóch utworów i nie ukrywam, że liczyłem na coś więcej. Na odważne odświeżenie sprawdzonej formuły. Stało się inaczej, ale nadal jest ok. Jak na Vader.

Arek: Problem w tym, że Vader panicznie boi się wychodzić z okopów. Bardziej niż mój kot z domu. A przecież – do cholery! – na poziomie „De Profundis” i w szczególności „Black to the Blind” to był niemalże genialny zespół. Awangarda death metalu. Grupa, która szokowała techniką, pomysłami i rzeczywiście genialnymi riffami. Te płyty do dzisiaj potrafią inspirować… To co zaczęło się gdzieś od „Revelations” – z małą przerwą na „Impressions in Blood” – to męczenie… Dlaczego?!

Grzegorz: Z tym „Revelations” to trochę przesadzasz. To był czas kiedy media, do których zresztą i ty należałeś, zaczęły stawiać Vader i Behemoth obok siebie. Kto się z kim ściga itd. A to nie dość, że były dwa zupełnie inne zespoły, to nigdy nawet nie spoglądały w swoją stronę, i zresztą, jest tak do dziś. „Impressions…” jest albumem, o którym mówiłem wcześniej, nowym duchem, powiewem świeżości po (wtedy) rozczarowującym „The Beast”. Zresztą, w zespole rozpoczęły się przetasowania w składzie i jakoś tak wyszło, że znów o Vader zrobiło się głośno. Uważam, że w każdej inkarnacji, obojętnie z kim za zestawem perkusyjnym, Vader miał coś ciekawego do pokazania.grafika

Arek: Zgadzam się, że Vader zawsze jakoś wychodził z opresji. Zgadzam się, że budowana trochę sztucznie rywalizacja była śmieszna. Niestety, uważam, że na pewnym etapie z niewiadomych przyczyn Peter zastąpił szukanie własnej, nowej jakości muzycznej sentymentalną archeologią i na tym buduje image swojego zespołu przez ostatnie lata. Tu doda trochę traszu, tam blaścik, pogrzebie w starych demowkach. A jako, że ma sprawnych instrumentalistów to jakoś funkcjonuje i łączy to z rozpoznawalną nazwą, dzięki czemu ma z czego żyć. Do poziomu biznesowego Behemoth nie dojdzie nigdy, ale jakość zachowuje. I taka jest właśnie nowa ep-ka. Coś starego, coś defowego, trochę traszu, parę blastów, ukłon w stronę klasyki czyli Lemmy’ego i się kręci. Ale czy to wystarczy by się zachwycać??

Grzegorz: Zachwycać – w żadnym wypadku. Posłuchać – tak. Pójść na koncert? Zawsze, bo Vader to nadal perfekcyjna maszyna do zabijania, i tutaj ponownie poruszę temat perkusistów, dopóki za zestawem będzie ktoś taki jak James (a nie ma nawet ćwierć wieku…) karawana będzie szła dalej. Byle Peter dopuścił do komponowania Pająka i wszystko będzie cacy. A skoro o tych demówkach mowa – Vader z pewnością ma w zanadrzu niejeden numer po polski. Dekadę temu odświeżono „Giń Psie” (chyba najlepszy numer z okresu „The Art of War”/”Impressions In Blood”) i teraz, dość regularnie słyszymy Vader w takim wydaniu. Niby jest to rarytas, a jednak mógłbym się do tego przyzwyczaić…

Arek: Tyle, że rozmowa nie dotyczy koncertów Vader. Te zawsze stały na poziomie, pomijając, rzecz jasna, ostatnie upodobania Petera do pretensjonalnego sztafażu wizualnego. Ech te łańcuchy… Sam widzisz – zamiast rozmawiać o muzyce i patrzeć do przodu, gadamy o demówkach, o starych numerach czy o kondycji koncertowej. A to wszystko nie ma nic wspólnego z recenzją płytki. Może boimy się spojrzeć prawdzie w oczy?

Grzegorz: Że Vader jest reliktem przeszłości? Nieprawda. Ale prawda jest taka, że nie każdy musi Vader lubić. Szanują praktycznie wszyscy za ten album, o którym wspominałeś wcześniej (choć ja za nr 1 stawiam „Black to the Blind”), a na miłość za death/thrash w ich wykonaniu raczej nie ma mowy.

Arek: Nie jest tak, że nie szanuję tego zespołu. Ba, napisałem tyle ciepłych słów o ich muzyce, że swoje odrobiłem. Teraz chciałbym żeby ten zespół WRESZCIE obudził się i zrobił coś RYZYKOWNEGO. Coś co może faktycznie wzbudziłoby kontrowersje. Może ktoś by się wkurzył a na koncertach byłoby mniej ludzi. Nawet takie konserwy jak Slayer pokusili się i nagrali „Diabolus in Musica”…. Niech i Vader się ocknie i zaszaleje… Ale dość o tym. Teraz o ep-ce parę słów.

Grzegorz: Wiedziałem, że w końcu padnie temat „Diabolus in Musica”, ale zostawmy ten album na inną rozmowę. Parę słów mówisz? Dwa premierowe songi, podręcznikowy Vader. Nawet skoczny, fantastycznie napędzany blastem i tyle… ale covery. Tu jest pole do popisu. O ile numer Vader w wersji heavy metal to dla wielu jeszcze „nowość”, tak szlagier Panzer X już niekoniecznie. Żałuję, że tamten materiał był tylko jednorazowym wybrykiem „allstar bandu”, bo teraz, kiedy hevi wraca do łask nie tylko wśród młodych kuców, ten projekt miałby rację bytu. Numer dwa to „Overkill” i tu bez rewelacji. Dla mnie rzecz poprawna… a ty jak sądzisz. Kochałeś Lemmy’ego?offic-zespol

Arek: Zacznijmy do końca. Lemmy to ikona i trudno mowić o miłości. Owszem, klasyki mam na półce, widziałem Motory na żywo i to zostanie we łbie. Zatem kower jest, jak powiedziałeś, poprawny, podobnie jak traszowy do bólu wałek Panzer X. I te numery jakoś przełykam. Ale dwa autorskie… Strasznie chciałbym w nich usłyszeć coś co mnie zaszokuje/zaskoczy/zainteresuje… Mówisz, że to podręcznikowe kawałki V. Pewnie tak. Są na pewno symptomatyczne dla ostatniego okresu działalności. Jak bym je określił jak rzemieślniczą poprawność. Ani złe, ani wybitne. Ale czy dla takiego zespołu to komplement?

Grzegorz: Chyba lepszy taki niż żaden. Błotem już nas bardziej nie obrzucą. W przypadku Vader ta poprawność jest ok. Świat już raz zdobyli.

Arek: Wiesz, znam takich, co zdobyli świat parę razy. Przed reaktywacją, po reaktywacji… Lepszy taki? Trochę to geriatrią pachnie, niestety. Odpuszczaniem w imię przeszłych zasług. Przy takim składzie można coś wykrzesać więcej, lepiej, pobawić się muzyką a nie tworzyć kolejne, „tylko” koncertowe wałki. Nawet jeśli przyjmiemy, że James tak kreatywny jak Docent nigdy nie będzie, he, he… No i nikt nie będzie tak malowniczy jak Shambo…

Grzegorz: James najlepsze ma przed sobą i może niekoniecznie w Vader. Da się przecież awansować (Daray).

Arek: Myślisz, że dzisiaj Dimmu to awans?

Grzegorz: Na pewno lepsze pieniądze. Ale z drugiej strony, Dimmu to teraz fucha. Liczy się Hunter i co komu może nagrać. Ale nie o Darku mamy mówić. Co z tym Vaderem, poszedłbyś na koncert z Infernal War jesienią?

Arek: Zobaczyć na żywca – zawsze. Jak mówiłem, grają dobrze. Byleby nic z „Necropolis” czy ogólnie z ostatnich płyt.

Grzegorz: No to ciężko będzie (śmiech). Ostateczna ocena „Iron Times”? Jest zachęta na nową płytę czy nie bardzo?

Arek: Ha, ha, ha… Nic nie mam do Vader. Niech kombinują. Więc jest ten puchar na zachętę. Za zajęcie pierszego miejsca (śmiech). Może jestem naiwny, ale cały czas wierzę, że kiedyś odpalę płytę i doznam takiego szoku jak w momencie pierwszego kontaktu z „Fractal light” czy „Carnal”. To było niezapomniane przeżycie. I za to im dziękuję. Dzisiaj jestem w innym miejscu i czego innego oczekuję…

Grzegorz: Też mam sporo dobrych wspomnień z tym zespołem, choć znacznie późniejszych niż ty. Ja Vader nie skreślam. Po prostu tak jak zaznaczyłem wcześniej, w zasadzie wiadomo czego się można po nich spodziewać i to mi pasuje. Rewolucji niech dokonują młodzi.

Arek: A w pamięci niech zostanie koncert z 1998 roku w Spodku ze Slayer. Tuż po koncertach w Japonii. Szał. Energia. Rewelacja. Niedowierzanie… Reszta jest milczeniem…

Nad „Iron Times” pochylali się Grzegorz „Chain” Pindor i Arek Lerch