UR JORGE – Końcówki serii

Nie wiem jak zacząć, zawsze mnie to dobija. Słucham świetnej muzyki i brakuje mi słów, by oddać klimat tego co dzieje się na płycie. By wydestylować coś w rodzaju prawdy, bez popadania w egzaltację. W tym przypadku o Ur Jorge, bydgoskim projekcie, który, jak sami muzycy twierdzą, powstał z potrzeby eksperymentu. Choć tego eksperymentu nie ma na „Końcówkach serii” zbyt dużo, jest za to świetna, zapadająca w pamięć muzyka. Jaka?

Dobra, piszę to z ciężkim sercem – słychać tu te wiecznie wałkowane, szalone lata 90. Słychać klimat polskiej alternatywy, ten swojski, przyjemny smaczek. Nigdy nie nazwę tego typu płyty produkcją światową, choć taka jest… bo to po prostu polski, bardzo fajny zespół, który gra muzykę, jaka kołacze się w ich duszy. Spróbujmy zatem choć delikatnie zbliżyć się do tych dźwięków. Ur Jorge tkwi gdzieś pośrodku alternatywnego świata, stworzonego z jednej strony przez początkujących post rockowców z wiadomej epoki, załapuje się na samiuśką końcówkę żywota Ewy Braun, słychać też echa fascynacji Fugazi („Zbiór pusty”), ale momentami wcale nie jest prosto – wystarczy posłuchać wzbogaconej o instrumenty dęte „Totalnej manipulacji”. Muzykanci Ur Jorge to nie żadni debiutanci, zatem wiedzą jak utrzymać napięcie. Wiedzą, że czasami jeden dźwięk wystarczy, żeby stworzyć coś pięknego. Wiedzą, że przestrzeń ma większe znaczenie niż gęsty aranż („Ja panu nie przerywałem”). Co mnie w jakimś sensie dziwi, to fakt, że ta muzyka jest taka „nasza”, przepojona tym polskim romantyzmem, lekko nostalgiczna, stoi sobie z boku, nie wpycha się między ludzi. Trzeba ją odnaleźć i zaprosić („Miranda”), złapać ulotny klimat („Lżejsze od powietrza”) i zatrzymać się na chwilę. Na pewno nie jest muzyka do biegania – obawiam się, że gdybym zapodał sobie „Końcówki serii” podczas porannego joggingu, w którymś momencie bezwiednie stanąłbym na ścieżce, odrywając się od świata. Tak działa dźwięk, takie są oszczędne, niby enigmatyczne, ale przykuwające uwagę teksty. Wszystko dzieje się tu trochę mimochodem, a jednak zostaje z nami na dłużej i jakoś nie można o tej muzyce zapomnieć.UJ

Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że nie jest to nic przełomowego, nie ma mowy o wydarzeniu, które zmieni krajową muzykę, jednocześnie byłoby mi przykro, gdyby ta płyta przepadła bo na to nie zasługuje. To rzecz dla wrażliwców, muzycznych nerdów co raczej nie skaczą na koncertach w pierwszym szeregu, wolą za to delektować się dźwiękami – i dla nich Ur gra „11”, zaczynającą się niczym odpowiedź na modny trans i w miarę mijających minut (jest ich aż 8…) zmieniającą się w piękny, post rockowy pejzaż. Jeśli miałbym szukać jednego, właściwego słowa by opisać płytę, byłaby to „równowaga”, choć równie dobrze pasowałoby inne – „dyscyplina”. Taki jest ten zespół i jego muzyka, będąca przyjemną odmianą gitarowego, rockowego niezalu (zdaję sobie sprawę z ułomności tego określenia…). Być może w dużej mierze niezalu niemodnego, bo raczej Ur Jorge nie flirtuje z popularnymi ostatnio gatunkami (pomijając jedenastkę…), nie eksperymentuje odważnie z elektroniką, jak 3moonboys, z którym związany jest osobą Marcina Karnowskiego. Stoi sobie z boku i czeka. Jeśli zatrzymacie się i odkryjecie „Końcówki serii”, odpłyniecie do nieco innej krainy. To taki niedrogi wehikuł czasu, bez groźby powrotu do przypadkowo zmienionej teraźniejszości.

Arek Lerch

Zdjęcie: Justyna Wieszok

Pięć