UR – Hail Death (Arachnophobia Records)

Arachnophobia Records to dla mnie niespotykany na polskiej scenie fenomen. Krzysztof Słyż rozkręcił label nieco ponad trzy lata temu. Czym są trzy lata? Tyle może mieć dziecko, domowa meblościanka lub kupiony na kilkanaście rat Golf II, ale wytwórnia raz po raz wydająca niecierpliwie wyczekiwane przez zgraję maniaków albumy? Zaraz ktoś stwierdzi, że Krzysiek zwyczajnie zapłacił mi za napisanie takich słów, ale miast nie wnoszących zbyt wiele pomówień, sięgnijmy do naszych umysłów. Czy tegoroczny krążek Thy Worshiper nie stawał w szranki z chociażby lansowaną przez młodocianych adeptów black metalu Batushką? Czy In Twilight’s Embrace nie zapełniło brakującej na polskiej scenie luki między melodyjną sieczką a klasycznie szwedzkim, siarkowatym death metalem rodem ze Sztokholmu? Ortodoksi zapewne prychną nosem i powrócą do niczym niepohamowanej masturbacji przy demówkach z Boliwii, a wy kilka linijek niżej przeczytacie o kolejnej kapeli z Arachnophobii o potencjale godnym największych.

UR to skład prezentujący mariaż stylistyczny raczej w Arachnophobii niespotykany. Co prawda black/thrashowe torpedy uskuteczniali już panowie z Mentor na udanym Graves, Guts&Blasphemy, lecz „Hail Death” nie ma z propozycją jurnego kwartetu wspólnego więcej niż gatunkowa szufladka. Debiut UR miast beztroskich, bezczelnie prujących przed siebie łupni preferuje przede wszystkim dostojeństwo i szerokie spektrum melodii. Od black metalowego tremolo, aż po doom’owe, rzewne pasaże snute na tle majestatycznych riffów. Dużą zaletą „Hail Death” jest mnogość pomysłów. Żadna ze stylistyk obecnych na materiale nie tłamsi drugiej, wszystkie współgrają ze sobą równie dobrze, niczym warzywa w rosole. Zawieście swe skąpane w kilkunastoletnim wosku uszka na takim „Infinity”: znalazło się i pole dla zaciekle kostkowanego riffu, thrashowo-obłąkańczych temp, które spowite zostały bajecznie sunącymi gitarowymi pasażami… i tak mógłbym cały czas. Zastanawiać może jedno: jak – czy w ogóle – przetrwa UR w bogatej ofercie Arachnophobia Records? Panowie z pewnością nie stoją w szpicy katalogu białostockiej wytwórni. Metalowcy gremialnie przebierają nóżkami w oczekiwaniu na kolejne długograje In Twilight’s Embrace czy Odrazy, aniżeli Evil Machine albo bohaterów tego tekstu. Dalej dumam w wolnych chwilach, jaki wariant tej sytuacji opracował Słyż. Z drugiej strony, doskonale wiem, że takie przemyślenia są jałowe, bo przecież – że pozwolę sobie przytoczyć ten nieśmiertelny frazes – muzyka jest najważniejsza. Tak, tak, najważniejsza. A świstak siedzi, i zawija tę czekoladę w sreberka…14333770_958502517592924_3081742403464953755_n

Ten nietypowy wywód nie niesie za sobą zbyt wielu wartości. Przeczytawszy go powtórnie, zmieniam zdanie: nie niesie za sobą żadnych wartości. Mimo wszystko, pragnę, byście odkryli jego podskórne znaczenie i zarazem myśl, z jaką został stworzony: Posłuchajcie tego UR, naprawdę warto. Kieruję te słowa i do indywiduuów w jeansowych katanach, i smutnych chłopców przywdziewających o dwa rozmiary za duże bojówki, i w końcu zasuwających po lesie w golfach maniaków radia tranzystorowego. „Hail Death” jest propozycją dla was, i prawdopodobnie tylko dla was.

Łukasz Brzozowski 

Cztery