UNLEASHED – Odalheim (Nuclear Blast)

Niewątpliwą zaletą zespołów pokroju szwedzkiego Unleashed jest to, że znajdując się nieco z boku panteonu, nie wymagają permanentnej obserwacji ze strony publiki. Zamiast bowiem tracić czas na generowanie wokół siebie zbędnego szumu, od ponad dwóch dekad zapamiętale rżną swój bezlitośnie wojowniczy death metal, przypominając o sobie za sprawą kolejnych solidnych płyt. To właśnie dlatego po „Odalheim” sięgnąłem z niebywałym spokojem oraz pewnością, że i tym razem nie przejadę się na zaufaniu do Szwedów.

O ile zwykle poznaje się wartościowe zespoły po tym, że z czasem przekraczają tradycyjne granice i spektakularnie wznoszą się na inne poziomy abstrakcji, o tyle Unleashed zawsze stanowili pod tym względem wyjątek. Ekipie Johnny’ego Hedlunda raczej daleko do ujawnianych z czasem rock’n’rollowych inklinacji Entombed, czy, tym bardziej, budzącego kontrowersje industrialnego futuryzmu ostatnich poczynań Morbid Angel. To właśnie dlatego żaden z albumów zespołu nie przynosił szczególnych rozczarowań, a nawet jeśli w sposób znaczący nie podbijał mu notowań, to sukcesywnie cementował jego pozycję deathmetalowych piewców nordyckiej tradycji. Taki rozwój kariery miał jeszcze jedno bardzo ważne następstwo: ukształtował w zbiorowej świadomości fanów markę Unleashed jako pewne constans i synonim niezawodności. Powiedzieć jednak, że „Odalheim” nie zawodzi, to stanowczo za mało.

Po dobrej, choć pozbawionej momentów „As Yggdrasil Trembles” z 2010 roku, nie sposób odpędzić od siebie wrażenie, że na „Odalheim” tych momentów nie tylko nie brakuje, ale można by nimi jeszcze spokojnie obdzielić poprzedniczkę. Tym razem szczególny nacisk położono na gitary – to one zawłaszczyły większość brzmieniowej przestrzeni albumu i, jak najbardziej zasłużenie, przyciągają gros uwagi. Bez gier wstępnych i przystawek, już pierwsze takty otwierającego „Fimbulwinter” stanowią frontalny atak, a główny motyw brzmi niczym sopel lodu dziurawiący czaszkę. Przeszywający chłód bijący z jedenastu nowych kompozycji jeszcze nigdy w ciągu całej działalności grupy nie dawał się we znaki tak mocno, jak tu. Zresztą nietrudno zauważyć, że Unleashed umiejętnie balansuje na granicy swego macierzystego gatunku i black metalu. Tendencja ta słyszalna była już na kilku wydawnictwach wstecz, a tu obrazowana jest m.in. za pomocą ciętych riffów w numerze tytułowym czy w „The Rise of the Maya Warriors”, gdzie blast ściele się gęsto. Niewykluczone, że ten stan rzeczy spowodowany jest udziałem piłującego struny Fredrika Folkare w Necrophobic. Niewykluczone… Ponadto, jak to na Szwedów przystało, całe mnóstwo tu pędzących zajadle pieśni bojowych (np. „The Hour of Defeat”, „Gathering the Battalions”), okraszonych doniosłymi solówkami. Wśród nich wyróżnić należy napisane z autentycznym rozmachem hity „White Christ” i „Germania”.

Surowy duch północy, wyrażony w tak intensywnym materiale, porywa bez reszty. Do tego stopnia, że po wybrzmieniu ostatniego utworu trudno mi się otrząsnąć i bezwarunkowo odpalam płytę po raz kolejny.

Cyprian Łakomy