UNKIND – Pelon Juuret (Relapse)

Ktoś mi kiedyś powiedział, że wszystko co wydaje Relapse jest zajebiste, czy to death metal, d-beat, czy hard rock. Coś w tym na pewno jest. Mało tego, bardzo ładnie z ich strony, że nie ograniczają się tylko do amerykańskich bandów i w tej stajni można bez użycia wyszukiwarki znaleźć niejedną kapelę ze starego kontynetu. Ha, mamy tam też swoich reprezentantów. Takim właśnie, jednym z wielu, zespołem, o którym teraz sobie co nieco powiemy, jest fiński Unkind, wydający właściwie już drugi duży album dla tej wytwórni, a któryś tam z kolei, kryjący się pod tytułem „Pelon Juuret” – ok, cokolwiek to znaczy.

Od razu tłumaczę, że absolutnie wszystko co do tej pory stworzył ten skład, powstało w ich rodzimej mowie, nie mogę zatem za wiele powiedzieć o warstwie tekstowej, chyba że ktoś akurat posługuje się tym językiem, albo korzysta z polsko-fińskiego traslatora, o ile takowy istnieje. Rzecz dla poszukiwaczy przygód, życzę powodzenia. Co prawda można sobie sporo dopowiedzieć ogladając okładki, utrzymane w czerni, odcieniach szarości i bieli, które nie zostawiają zbyt optymistycznego wrażenia, zgrywa się to natomiast bardzo ciekawie z muzyką i słowem wstępu o ich twórczości można rzec jedno – deprecha. Ale żeby nie było tak totalnie źle, mamy tu kolejno osiem niezłych, d-beat’owych, zahaczających o metal petard, powodujących zdecydowanie większy huk, niż importowany, nafaszerowany siarką i prochem chłam, odpalany przez młodzież w Sylwestrową Noc.

Tak naprawdę specjalnie nie słychać, że panowie wydzierają się wniebogłosy w innym niż angielski narzeczu. Brzmi to naturalnie, jeżeli ktoś mógłby mieć obiekcje co do takiego układu. Kawałki utrzymane w średnich tępach, z metalowym brzmieniem, ale zarazem z crust punkowym pazurem i charakterystczną motoryką. Głośne bębny, mocarne, hardcore’owe riffy gitarowe ze szczyptą sludge’u, dołującej melodii i melancholii, inteligentnie zgrane w całość, coś pomiedzy Neurosis, Tragedy a From Ashes Rise. Niestety, odnoszę czasem dziwne wrażenie, że już to słyszałem, dlatego może nie jestem mega fanem d-beatu. Zaznaczę przy okazji, że nie jest to płyta nudna, a i takich zdarzało mi się słuchać, trochę się tam jednak dzieje i bez zmuszania się można ją przesłuchać do kończącego, klimatycznego, instrumentalno-folkowego „Sattokoti”.

Płyta jedzie od samego początku, myślę, że to odpowiedni soundtrack na wieczorne, długodystansowe trasy samochodem – nadaje konkretny rytm i nie sposób przy tym zasnąć. Podoba mi się mimo wszystko, a zawarta tam hałas mówi sam za siebie. To nic innego jak kontynuacja poprzednej płyty „Harhakuvat”, z drugiej strony, skoro dobrze jest im w takiej stylistyce, to po co kombinować?  Jest w tym zawarta pewna konsekwencja i to się akurat chwali. Unkind dalej robią swoje, koniec i kropka.

Sam Tromsa

Cztery i pół