UNIQPLAN  – Wilderness (Warner Music)

Od metalu do popu. Od hardcore’a do plastiku. Upadek made by Lerch. Tak można podsumować poniższą recenzję. Dla wielu będzie to przesada, jednak, jeśli wgłębić się w temat, okaże się, że coś w tym jednak jest. Syntetyczne królestwo Polaków jest w tym przypadku zupełnie inne niż mrożące krew w żyłach „In This Light and on This Evening” Editors. Debiut Uniqplan to idealna pozycja na lato dla wszystkich, zakochanych w muzyce łatwej i przyjemnej a jednocześnie zajebiście dobrze zagranej. Być może chłopaki z zespołu wykorzystują sentymenty za muzyką z lat 80 – tych, robią to jednak stylowo i bez obciachu. I do tańca i do różańca…

A teraz dla wszystkich, którzy szykują już ślinę, gęstą i zieloną, przeczytali wywiad z Exhumed i naładowani adrenaliną chcą mnie krzyżować, mała wyliczanka. Hardcore’owcy z Coalition nagrali „Wonderful Life” Blacka. Vader nie wstydził się „I Feel You” Depeche Mode. Atrocity nagrali aż dwie części „Werk 80” z interpretacjami syntetyków z „epoki”. Wymieniam tylko najbardziej oczywiste rzeczy. Powiedzmy to sobie uczciwie – jaramy się Carcass, metalem, grindcorem, ekstremami, jednocześnie bojąc się przyznać, że gdzieś tam, pokątnie, z przyjemnością słuchamy Ultravox, Human League czy Duran Duran. „Rio” to piękna płyta, w dodatku rewelacyjnie zagrana. A „Vienna”? Kto nie śpiewał w pijackim widzie „Relax”?! Nie chciałbym oskarżać nikogo o hipokryzję, ale jeśli ktoś chce we mnie rzucić kamieniem, niech najpierw dobrze się zastanowi, czy aby na pewno jest bez winy.

Skoro już dokonaliśmy psychologicznych analiz, czas przejść do „Wilderness”. Celowo wymieniłem powyżej kilka tytułów ery noworomantycznej, które w kontekście opisywanej tu płyty wydają się być bardziej niż oczywiste. Warszawski kwartet poszedł jednak krok dalej, mianowicie, zamiast tworzyć dźwięki sentymentalne, nagrał własne nuty, w których co prawda można wyczuć – i to bardzo wyraźnie – inspiracje, jednak są to jak najbardziej indywidualne, autorskie i bardzo dojrzałe, poważne, rzekłbym nawet, kompozycje. Czyli postąpił inaczej niż niektórzy wykonawcy, którzy grając syntetykę (ew. kowery syntetyków…), zwichnęli sobie oko od nadmiernego mrugania, co by wszyscy wiedzieli jak bardzo są zdystansowani i jak bardzo chcą nam wepchnąć żarcik. Tu nie ma kpiny, pastiszu, czy jakiegoś durnego sentymentu. Oczywiście, jeśli ktoś chce szukać na „Wilderness” przesterowanych gitar, może spokojnie iść paść owce – będzie z tego większy pożytek. Zamiast riffów otrzymujemy za to, przepraszam za wyrażenie, zajebisty zestaw świetnych, stonowanych i wciągających melodii. Jasne, pobłyskuje w nich różowy neon, słychać aranżacyjny kierunek znany z „So Red The Rose”, jednak dynamika i brzmienie tej muzyki są jak najbardziej współczesne. Fajnie rozwiązano rytmiczną stronę płyty – w zespole jest bębniarz, jednak, mimo niejakiego doświadczenia w tej materii, nie chciałbym się wypowiadać, gdzie jest programowanie, gdzie elektroniczna perkusja a gdzie studyjne preparowanie akustycznego zestawu. Fajnie to wszystko gada, dynamika utrzymuje się przez całą płytę, miejscami nabierając wręcz funkowego odcienia. Czasami znajduję tu zaskakujące rozwiązania, jak chociażby figura basu w – nomen omen – „Not Syntetic”, nasuwająca wyraźne skojarzenia z Midnight Oil (choć w dalszej części głównym odnośnikiem jest jednak ekipa Simona Le Bona), w wielu miejscach jest typowa dla współczesnego neo – eklektyzmu maniera pomostowego łączenia nowej fali z synth popem. Gdzieś tu słychać nawet nawiązania do modnych Klaxons, choć to raczej najmniej istotne skojarzenia. Jasne, muzycy dość mocno wygładzili nagrania, dbając o to, by eksponować przede wszystkim pracę syntezatorów (muszę to zobaczyć na żywo…), jednak nie stracili nic z młodzieńczej zadziorności. Obsługujący gitarę Michał Wojtas nie gra zawijasów ale doskonale wie, do czego służy ten instrument, dokładnie prześledził też pracę niejakiego The Edge’a, zatrzymał się przy Roxy Music i kiedy trzeba uzupełnia miksturę „Wilderness” o fajne i zgrabnie wkomponowane, delikatnie tylko przesterowane plamy swojego instrumentu. I tu dochodzimy do sedna sprawy – największa siła Uniqplan polega na świetnym nawiązaniu do super modnego obecnie trendu, czyli indie rocka, poruszającego się gdzieś między neonowym sentymentalizmem, wyrachowanym zimnem New Order a nowojorską dekadencją. To chyba pierwsza, krajowa płyta, która ma szanse – przy odpowiedniej promocji – zawładnąć sercami zblazowanych, ubranych w modne spodnie i Ray Bany, wychudzonych nastolatków, urodzonych nad Sekwaną czy Tamizą.

Uniqplan zrobił na mnie duże wrażenie. Odwagą, konsekwencją a przede wszystkim idealnie przygotowanym i bardzo „zachodnio” nagranym/zagranym materiałem. Nie ma obciachu, jest szacunek. A że modnie? I znowu nawiążę do tego, co gdzieś we wstępie wałkowałem – każdy wykonawca, który buńczucznie zapewnia, że nie interesuje go sukces, jest idiotą a w najlepszym razie hipokrytą. Mnie kupiliście – liczyłem na podróż co najwyżej sentymentalną a dostałem muzykę, uderzającą dokładnie w centrum mojej aktualnej kondycji psychicznej.

Arek Lerch 

Pięć