UNHOLY GRAVE – Grind Killers (Selfmadegod)

Tylko Japończycy są w stanie stworzyć taką grindową godżillę, straszącą każdego zwolennika zespołów rozpadających się po nagraniu jednej płyty. Dla tych ostatnich wyliczanka. Unholy Grave powstali w 93 roku. Od tego czasu zespół nagrał 8 płyt studyjnych, kilka koncertówek oraz 73 (!!) splity i ileś tam ep – ek, nawet nie chciało mi się już liczyć. Rozłóżcie to sobie na poszczególne lata i wychodzi, że oprócz jedzenia (konieczność…) i spania (nie da się wyeliminować…) Unholy Grave non stop nagrywa płyty, koncertuje i wchodzi w kolaboracje z każdym napotkanym po drodze zespołem. Japonia – zasadniczo kraj przekwitłej wiśni…

Wydana w tym roku płyta „Grind Killers” powstała – a jakże – podczas koncertów, jakie zespół grał w 2008 roku w Europie. W dyskografii zaliczana jest do kategorii „live”, co jest o tyle błędne, że materiał został zarejestrowany w warunkach studyjnych, tyle, że na tzw. setkę. Zasadniczo jestem zwolennikiem starannej produkcji, jednak w przypadku tej płyty muszę przyznać, że grupa stworzyła coś, co można z powodzeniem nazwać apoteozą grindowej napierdalanki z wszystkimi konsekwencjami. Nagranie dokonane zostało chyba za pomocą dwóch, góra trzech mikrofonów, bez poprawek, nakładek i studyjnego szlifu, faktycznie, jak podczas koncertu. Słychać każdą nierówność, uderzenia w struny, brud, sprzęgi. Nie ma tu umizgiwania się do słuchacza, jest za to porywający w swojej szczerości muzyczny miszung, łączący prostotę, niewyszukane riffy, perkusyjną łupankę od topornych blastów po punkowe galopady i wokalne zawodzenia, ryki i wrzaski. Wśród zarejestrowanych 23 kawałków znajdują się jednak perełki godne wyróżnienia. Faworytem na dzień dzisiejszy jest „We Are Human” z dzikimi i wpadającymi w głowę wokalizami (taki trochę jarmark…). Jest fajnie zagrany kower Ramones „Beat On The Brat”, są d – beaty „Murderer” i „Motorcharged”, jednak przeważają krótkie ataki wściekłego i surowego grind core’a. Zespół nie zamierza się z nikim cackać, pokazując, jak wyglądają korzenie niezależnego grania i sprowadza taką muzykę w miejsce należne jej od samego początku – do piwnicy. W takich dogodnych warunkach muzyka Unholy Grawe, jak dorodna pleśń na obskurnych ścianach, rośnie i rośnie… Smacznego.

Arek Lerch 4,5