UNDERGROUND OUT OF BANDCAMP – Część VII

Chroniczny brak czasu sprawia, że coraz rzadziej grzebię wśród różnych dziwnych wydawnictw, a wręcz coraz rzadziej słucham muzyki w ogóle. Ubolewam nad tym, ale i tak udało mi się wygospodarować parę wolnych minut, by przedstawić Wam trzy kolejne albumy, które – tym razem – pełne są niedoskonałości, ale mimo wszystko nie potrafię odmówić im charakteru i swoistego uroku. Zapraszam zatem na kolejny przegląd – dziś bierzemy do tablicy polskiego punk rocka, trochę hipsterskiego black metalu i czterech jazzowych eksperymentatorów ze Szwajcarii.  

Podwarszawska formacja Manta Birostris swoją nazwę zawdzięcza dwutonowej płaszczce, zwanej także diabłem morskim i przyznam szczerze, że nie bardzo wiem jaki to może mieć związek z granym przez grupę wyraźnie metalicznym punkiem. „Przeklęte oko proroka” zdaje się być raczej albumem naznaczonym pustynnym klimatem, zahaczającym czasem o rejony bliskie choćby Kyuss (jak choćby w „Diasporze”). To właśnie w tych bardziej transowych, żeby nie powiedzieć tripowych kompozycjach upatruję największych zalet Manta Birostris. Nieco – a nawet znacznie – gorzej zespół wypada, gdy stawia na bardziej bezpośredni, stricte rockowy przekaz – tak, jak dzieje się w otwierających „Syndromie jerozolimskim” i „Ostatnim psalmie”. O ile pustynny, zapiaszczony riff, który prowadzi pierwszy z wymienionych utworów jest jeszcze całkiem okej, tak rażą nieco bezekspresyjne partie wokalne, opakowane do tego wszystkiego w kłujące uszy częstochowskie rymy. Z drugiej strony świetnie wypada najbardziej agresywny „Biesłan”, w którym zespół wspomagany jest przez Dariusza Eckerta z Inkwizycji. W tym przypadku nie tylko głos Ex Perta, ale także aranżacje ciągną utwór w stronę macierzystej formacji Darka. Szkoda, że „Przeklęte oko proroka” to materiał nierówny, który dodatkowo niezbyt ładnie się przedstawia. Jeśli jednak nie zniechęci Was nieszczególny początek, warto poświęcić rodzimemu diabłowi morskiemu nieco więcej czasu. To różnorodna, wielokolorowa muzyka, której po prostu nieco (jeszcze) brakuje zdecydowania.MB

Za każdym razem, gdy trafiam na takie płyty, jak ta, zastanawiam się na ile poważnie mogę traktować ich twórców. „Second Blood” to pokraczny potworek, który ma jedno oko, dwa nosy i trzy nóżki, ale mimo to, na swój własny, dziwaczny sposób jest całkiem uroczy. Ów urok tkwi przede wszystkim w wyjątkowo chwytliwych melodiach, zaklętych głównie w partiach gitar. Riff z „Summer Sun” to… Sam nie wiem co o tym myśleć. Pretensjonalność “Second Blood” – czy celowa, czy przypadkowa – jest tak wyraźna, że słucha się tego krążka z takim samym zaintrygowaniem, co zakłopotaniem. „Devotee plays Hipster Black Metal exclusively” – tak sam o sobie pisze twórca tego kanciastego pokraczka, co w pewnym sensie może wyjaśnić wiele spraw. Co by jednak nie mówić, linie melodyczne są naprawdę fajne i chociażby dlatego warto Devotee posłuchać. Oczywiście o ile nie przeszkadza Wam piwniczne brzmienie i bulgoczący wokal. I paskudna pretensjonalność. I w ogóle ten cały pastisz black metalu. Jeśli nie jest to problemem, to zapraszam, „Second Blood” to całkiem zabawna płytka.SB

Na koniec, jak zwykle, coś najmniej oczywistego. Szwajcarski kwartet Tanche stoi gdzieś na przecięciu szaleństwa Johna Zorna i post-rockowej wrażliwości, przyprawiając całość delikatną, choć wyczuwalną porcją elektroniki. Co prawda, paradoksalnie, nieprzewidywalność Tanche momentami jest zbyt… przewidywalna, to jednak zespół broni się wcale niezłym wyczuciem melodii – a przynajmniej tak się wydaje po przesłuchaniu zaledwie czterootworowego, nie trwającego nawet dwudziestu minut „Vvouvi”. Muzyka Szwajcarów fajnie płynie, wydaje się być bardzo naturalna, ale mam też nieodparte wrażenie, że czasem ta naturalność przyćmiewana jest eksperymentatorskie zapędy mające na celu usprawiedliwienie stosowania przedrostka „avant” w tagach na Bandcampie. Szkoda, bo Tanche najlepiej brzmi wtedy, gdy z zabaw dźwiękiem wyłaniają się mocniejsze, bardziej charakterystyczne melodie. Mimo wszystko, warto mieć baczenie na Szwajcarów; nawet jeśli „Vvouvi” samo w sobie to jeszcze nie ekstraklasa, ambicje, by grać ligę wyżej są całkiem wyraźne.T

Michał Fryga