UNDERGROUND OUT OF BANDCAMP – Część V

Piąta odsłona Underground out of Bandcamp nie przynosi rewolucji – szef kuchni jak zwykle poleca przede wszystkim ciężkie gitary i kilogramy mroku, choć tym razem zaskoczyć może nieoczywisty deser. Jeśli przystawka w postaci krajowego sludge’u i główne danie we francuskim stylu powinny wejść bezproblemowo, tak zwieńczenie posiłku może stanąć wam w gardle, lub też – paradoksalnie – sprawić, że zapomnicie o tym, co jedliście wcześniej.

Gdański Mound doskonale zdaje sobie sprawę, że tak, jak nie ma sensu na nowo odkrywać kwadratury koła, tak i próby redefinicji sludge metalu są cokolwiek bezsensowne. „Bane” hołduje tradycji – nie tylko tej z pogranicza sludge/post, ale również i doom metalowej klasyce. Zespół nie szczędzi zatem ciężkich, brudnych gitar, stawia nacisk na ciężką i wyraźną sekcję, ale nie boi się też uciec do bardziej przestrzennych gitar. Trzeba przyznać, że to właśnie wtedy propozycja gdańszczan nabiera najciekawszego wymiaru – tak, jak chociażby w „Disease”, budowanym wokół intrygującego, momentami nieco mniej typowo zaaranżowanego riffu. Generalnie przestrzeń, przestrzeń i jeszcze raz przestrzeń – to wtedy, gdy do muzyki Mound wpada najwięcej powietrza, całość zaczyna nabierać ciekawych kształtów. W zestawieniu z kurewskim ciężarem podpatrzonym od Crowbar czy Neurosis robi to fajne, choć niekoniecznie bardzo oryginalne wrażenie. Problem zaczyna się zazwyczaj wtedy, gdy wokalista Janek Dzierżanowski odpuszcza niski, bulgoczący growling na rzecz czystych partii wokalnych, które, niestety, nie są jego mocną stroną. Troszeczkę kuleje też sound albumu; o ile do aranży w żadnym wypadku nie można się przyczepić (a wręcz należy pochwalić chociażby wyraźne wyeksponowanie linii basu), tak brzmieniu brakuje nieco brudu i głębi. Niby ani niedociągnięcia wokalne, ani produkcyjne jakoś bardzo nie przeszkadzają, ale są w stanie zostawić pewien nieprzyjemny, lekko amatorski posmak – czyli tak właściwie jedyny wyraźny mankament dzielący Mound od pierwszej ligi. MOUND

Catacombes to jednoosobowy projekt tworzony przez sympatycznego Francuza o pseudonimie Le Démoniaque. Pochodzący z francuskiego Nantes, a aktualnie mieszkający w Québec muzyk ewidentnie jest zapatrzony w twórczość kultowych Les Légions Noires. „Accueille le Diable” to granie wręcz stworzone dla fanów Vlad Tepes czy Belketre – jest równie surowe i na swój sposób odpychające. Całość trąci nieco myszką, głównie za sprawą bardzo naiwnych, ale też wyjątkowo melodyjnych partii gitar, które wespół z piwnicznym brzmieniem, paskudnymi wokalami i niemiłosiernie obtłukiwanymi bębnami tworzą wizerunek projektu po szyję zanurzonego w oldskulowej, klasycznej estetyce. Jedynie otwierający „Accueille-le”, za sprawą partii akordeonu, wyłamuje się nieco ze stereotypowej konwencji, dodatkowo podkreślając nieco karykaturalny, groteskowy wydźwięk muzyki Catacombes. Cóż, właśnie tak trzeba patrzeć na „Accueille le Diable” – czyli jednak z pewną poprawką i wyrozumiałością. Z jednej strony muzyka tego projektu ocieka chłodem i nieprzyjemnym mrokiem, które jednak z drugiej są po prostu nieco naiwne – w tym przypadku, na szczęście, „nieco” jest słowem klucz.CATACOMBES

Podobnie jak w ostatniej odsłonie, tak i teraz na koniec całkowicie odcinamy się od metalu. Wydana przez oficynę Trzech Szóstek „1984 [+24]” to zbiór jedenastu, w większości niezwykle chwytliwych piosenek utrzymanych w dość kiczowatej, ejtisowej estetyce new romantic, aczkolwiek Surowa Kara Za Grzechy odwołuje się również do innych stylów, jak chociażby reggae („W dupie mam lód”) czy funka („Godzina szczerości”), ozdabiając wszystko gorzkimi, wręcz depresyjnymi tekstami. Generalnie, gdyby nie liryki, muzyka duetu niemal idealnie nadawałaby się na weselne parkiety – w czym największa zasługa wspomnianej już chorobliwej chwytliwości. Tu na czoło wysuwają się zwłaszcza „Ona chce się wieszać”, „Zaakceptuj się” i „Kto pierwszy”, jednak właściwie niemal każda piosenka ma olbrzymi przebojowy potencjał. „1984 [+24]” to niemal obowiązkowa pozycja dla fanów Super Girl & Romantic Boys czy Żółtych Kalendarzy, ale sądzę, że każdy, kto nie boi się oldskulowych syntezatorów i natarczywych melodii powinien zwrócić na to wydawnictwo szczególną uwagę. Z dzisiejszej trójki to zdecydowanie najbardziej intrygująca rzecz.SUROWA KARA ZA GRZECHY

Michał Fryga