UNDERCROFT – Ruins of Gomorrah (Season of Mist)

Choć od czasu wydania poprzedniej płyty południowoamerykańskich demonów minęło już sześć lat, nie ma mowy o zwiotczeniu starczym. Włosów na łbach coraz mniej, ale album zdecydowanie odważny i odchodzący od sztampy oraz przewidywalności old schoolowego death metalu. Wydanymi dekadę temu „Danza Macabra” czy „Evilusion” Undercroft ugruntował sobie pozycję w piekielnym podziemiu. „Ruins of Gomorrah” przynosi zaś nową jakość i jest przełomowym materiałem ekipy pochodzącej z Chile.

Czterdzieści pięć minut, które wypełniają ten krążek to death metalowe rzemiosło nie pozbawione ciekawych aranżacji i chwytliwych zagrywek. Główną rolę odgrywają siermiężne riffy, ale same numery są kapitalnie skomponowane i nie sprawiają wrażenia napisanych w pośpiechu na kolanie. Jest metalowa furia i przemoc, ale nie brakuje wyobraźni, klimatu i melodii.

Do najciekawszych kawałków należy zdecydowanie „El Triunfo de la Muerte”, z wpadającymi w ucho bębnami oraz świetnym refrenem i groovem. Utwór rewelacyjnie sprawdza się w boju, o czym można było przekonać się podczas wrześniowej minitrasy kapeli po Polsce. Wyróżnić trzeba też numer tytułowy, który jest prawdziwym majstersztykiem. Zaczyna się od tajemniczej gitary akustycznej, potem jak gilotyna spada ściana hałasu, uderzają epickie klawisze, a kawałek przeradza się w człapiący, metalowy hymn. Nie można także pominąć „The Art of Vengeance”, w którym pojawiają się nietypowe podziały rytmiczne i pulsujące riffy, nadające kompozycji niepowtarzalną atmosferę.

W żadnym wypadku nie jest to progresywny death metal ani jakieś wybitnie techniczne wycinanie, ale „Ruins of Gomorrah” to dojrzały album składający się z niebanalnych numerów. Zespół kojarzony dotychczas głównie z prostymi w formie brutalnymi ciosami, poszedł w kierunku rozbudowanych aranżacji i odniósł sukces. Szósta płyta Undercroft okazuje się być ich najlepszą, a sugerując się tą liczbą, daję wiarę, że rękę przyłożył do tego sam diabeł.

Adam Drzewucki