UNBORN SUFFER – Unborn Suffer (Ghastly Music)

W rzeźni jak to w rzeźni, czas wątpliwości szybko mija, tu nie ma czasu na myślenie, bo tu się nie myśli tylko zabija. Nie mogę odpędzić się od tych słów, wykrzyczanych swego czasu przez naczelnych, polskich  punkowców. Nic innego nie przychodzi mi do głowy po lekturze najnowszej, czwartej płyty bydgoskich death/grindowców. Zabójcza dla mojego, wegetariańskiego żołądka porcja mielonki ociekającej krwią i flakami powoduje, że zbiera mi się na wymioty. Tak, reakcja jak najbardziej prawidłowa.

Za pierwszym razem czułem niepokój, kiedy opadało ostrze… W tym przypadku ostrzem był laser odtwarzacza. W zasadzie wiedziałem, czego się spodziewać, bo Unborn Suffer przyzwyczaił wszystkich do swoich wyziewów, które sytuują się idealnie na przecięciu death metalu i grind core’a. Porównuje się bydgoszczan do Dying Fetus, jednak ja słyszę tu raczej dalekie powinowactwo, głównie na poziomie obranego kierunku a nie poszczególnych zagrywek. Jeśli już szukać podobieństw, to Unborn Suffer łoi w podobnej lidze co chełmski Parricide. Na najnowszej płycie –  przynajmniej dla mnie – wyraźna jest też skłonność zespołu do większego flirtu z grindem. Partie wokalne, struktura riffów w taką stronę każą patrzeć. A z drugiej strony z zespołu wychodzi wyraźna chęć technicznego pokombinowania. Miesza pałker, co i rusz przyjemnie nadużywając krowiego dzwonka (ostatnio bardzo modna zabawka w perkusyjnym kanonie death/grind…), mieszają gitarzyści, czasem basista ostro zaakcentuje klangiem. Niemal w każdym numerze, nawet jeśli jest to głównie prosty, nabrzmiały balastami zapiernicz, zespół wciska zagrywki zdecydowanie z  wyższej półki. Na szczęście, robi to bardzo stylowo, nie przesadzając z dawką technicznego onanizmu. Jest go dokładnie tyle, by komplementować rozwój muzycznych umiejętności, które w żadnym przypadku nie przysłaniają kompozycji. Zmieniło się za to brzmienie, które w stosunku do nieco suchej „Desecrate/Retaliate/Obliterate” (te charakterystyczne, „wysokie” werble…) jest bardziej tłuste i wypośrodkowane.

W aspekcie kompozycyjnym Unborn Suffer pozostaje ortodoksyjny. Mielące, powodujące ślepotę nadmiarem kwasu gitarowe partie zatykają każdy kawałek aranżu, nie dając chwili wytchnienia. Ale okazuje się, że Unborn Suffer potrafi być zaskakująco liryczny, co udowadnia w fajnym, akustycznym instrumentalu „Unborn Suffer”.

W zasadzie to wszystko, co mogę na temat tej płyty powiedzieć. Zespół nie odkrył absolutnie niczego nowego, ale też nie nagrał muzyki nudnej i nawet jeśli jest troszkę wtórna, jest to celowe, zamierzone i na wskroś przemyślane działanie, obliczone na dogodzenie konkretnej grupie odbiorców, bo nie wątpię, że zespół na nich głównie liczy. Sprawna muza została opatrzona stylową okładką i grafikami. Można bez wstydu podbijać kawałek świata. Rzeźnia pracuje.

Arek Lerch