ULCERATE – The Destroyers of All (Willowtip)

Żeby nie było że nie ostrzegałem – ta recenzja będzie typowym bajaniem w stylu „nie przepadam za taką muzyką, ale w tym wypadku…”. Cóż, będę się upierał, że dorwanie zachwycającej płyty z rejonów, od których zazwyczaj się stroni jest jedną z najlepszych rzeczy, jakie mogą spotkać fana muzyki. Równie mocno będę obstawał przy tym, że najnowsze dokonanie australijskiego Ulcerate jest jednym z najlepszych materiałów ostatnich lat w gatunku, który zwykło się nazywać „technicznym, brutalnym death metalem”.

Z roku na rok moje zainteresowanie muzyką, z której wyrastają twórcy „The Destroyers of All” przygasa coraz bardziej i im chętniej wracam do klasyki takiego grania, tym mniejszą podnietę czuję w stosunku do debiutantów i zespołów z „drugiej fali”. Zniechęca mnie pewna samopowtarzalność konwencji, kompletny brak feelingu, prymat produkcji nad kompozycją, przykrywanie marnych riffów kanonadą centralek i werbla, wyskoki w rejony deathcore’a, wreszcie mylenie braku umiaru z ekstremalnością. Ulcerate zdołali jakoś wymyślić tę stylistykę na nowo, zręcznie omijając wszystkie jej wady. Przede wszystkim kompozycje sprawiają wrażenie, jakby powstały podczas (napędzanego otumaniającym sztachem) wspólnego jam session deathmetalowej sekcji rytmicznej z gitarzystami wykarmionymi jazz-rockiem. Perkusista rozkręca się czasem do blastowych temp, przez większość czasu gra jednak  zupełnie swobodne podziały towarzyszące fenomenalnej grze gitar. To one właśnie są najmocniejszą stroną „The Destroyers of All” – zero nudnego grzmocenia na obniżonym stroju i tłumionych strunach, ani sekundy tandetnego metalcore’owego „stop-go”, za to mnóstwo pływających, atonalnych riffów przywołujących na myśl bardziej ostatnie płyty Deathspell Omega niż jakikolwiek zespół z rejonów death/grindowych. Deathmetalowa brutalność oraz tempa szybkie i bardzo szybkie swobodnie przeplatają się z fragmentami  spokojniejszymi, niemal mathrockowymi i czasem tylko mocny, przypominający trochę Tomasa Haake z Meshuggah wokal jest łącznikiem z muzycznymi korzeniami Ulcerate. Nie ma też sensu dzielić „The Destroyers of All” na poszczególne utwory, bo tej płyty słucha się jako całości, która umiejętnie stopniuje napięcie, dawkuje klimat i operuje brutalnością w sposób nie słyszany w tej dawno nie wietrzonej szufladce od długiego czasu.

Wypadałoby na koniec uderzyć się w pierś, że dwa lata temu nie dość doceniłem „Everything is Fire”, która umknęła mi wtedy w natłoku różnych wydawnictw. „Widocznie tak musiało być”, jak skomentowała niegdyś moja koleżanka skreślenie jej z listy studentów – najważniejsze, że „The Destroyers of All” powstał i z całą pewnością jest to materiał znakomity, eksplorujący rejony niedostępne dla gładkomózgich rzeźników, zmieniających death metal w osiedlową siłownię. W prywatnym rankingu (któż nie lubi list przebojów!) ustawiam ją sobie tak, że na lewo stoją „Despise the Sun” i „None So Vile”, a z prawej – „Obscura” oraz „The Great Work of Ages”.

Bartosz Cieślak 

Sześć