UFOMAMMUT – Oro Opus Primum (Neurot Records)

Ociężali eksperymentatorzy z Włoch uraczyli nas kolejnym krążkiem, będącym pierwszą częścią dwupłytowej sagi. Nie wiem, po co tak dzielić materiał, ale nie pierwszy raz jakiś zespół wystawia cierpliwość (i kieszenie…) słuchaczy na szwank. Na szczęście, nowe kawałki zdecydowanie trzymają poziom i jeśli tylko ktoś ma dużo czasu, cierpliwość i chce odbyć kosmiczną podróż bez ruszania się z fotela, „Opus Primum” zabierze go bardzo wysoko.

Do Ufomammut trzeba mieć odpowiednie podejście, bo też i nie jest to muzyka do słuchania jednym uchem podczas zmywania garów i kłótni z żoną. Trzeba jej (tzn. muzyce, nie żonie) poświęcić zdecydowanie więcej czasu, choćby z racji tego, że kawałki straszliwie długo się rozkręcają, zazwyczaj przez pierwsze minuty oferując dronową… ciszę. Ale taki już urok tego zespołu. Włosi coraz bardziej zapadają się w narkotyczną otchłań, stając się doom’owym pinkflojdem XXI wieku. Transowo zapętlone motywy dudniących bębnów prowadzą nas przez zaćpany sludge metal wprost w objęcia space rocka z lat 70 – tych. Jednocześnie zespół pięknie rozwiązał sprawy brzmieniowe, dopuszczając do głosu odpowiednią ilość dźwiękowego „gruzu”, który jeszcze bardziej rozwala te chaotyczne poszukiwania. Szumy, rozwlekłe riffy, jakieś mamrotania w tle czy pogłosy to dla Ufomammut norma i chleb powszedni.

Trudno traktować propozycję zespołu jako normalną muzykę, bo to raczej dźwiękowe panaceum na powszechną mieliznę „normalności” i jako takie sprawdza się aplikowane w całości. A dawka jest końska, bo „Opus Primum” liczy sobie ni mniej ni więcej jak 51 minut hałasów wszelakich. Muzyka prawdziwie szamańska. Dla każdego popaprańca, beznadziejnie zakochanego w odmiennych stanach świadomości. Polecam.

 

Arek Lerch